środa, 1 lutego 2012

Jak szybko opanować język obcy?

Każdy z nasz szuka idealnej metody do nauki języków, każdy z nas chciałby, aby nauka ta przychodziła nam możliwie najłatwiej, najszybciej i najmniej boleśnie, nawet jeśli wielu z nas lubi ten swoisty wysiłek intelektualny wkładany w rozwikływanie zagadek gramatycznych czy łączenie literek nowego alfabetu. O tym, że nie ma uniwersalnej i zawsze sprawdzającej się metody oraz że najważniejsza jest po prostu nasza własna praca pisało już wiele osób (jakiś czas temu np. Karol, z którego postem całkowicie się zgadzam), zatem nie będę tu powielać ich wypowiedzi, a jedynie zrecenzuję utrzymaną w tej tematyce książkę „Jak szybko opanować język obcy?” Anny Szyszkowskiej-Butryn, która ukazała się ostatnio w księgarniach.

O zrecenzowanie tej książki poprosiło mnie wydawnictwo Edgard. Zaciekawiona i oczywiście niesamowicie ucieszona takim e-mailem zgodziłam się, stawiając jednak pewien warunek: moja recenzja będzie obiektywna (czyli niekoniecznie pozytywna), ponieważ bloga prowadzę przede wszystkim dla siebie i dla wszystkich odwiedzających, i od jakichkolwiek korzyści materialnych ważniejsza jest dla mnie wiarygodność. Wydawnictwo postanowiło zaryzykować (czym zyskało sobie mój szacunek), a ja po kilku dniach otrzymałam wspomnianą książkę i pakiet 600 fiszek do nauki phrasal verbs.

W książce tej autorka wychodzi z założenia, że każdy z nas przyswaja informacje w odmienny sposób: wzrokowo, słuchowo, dotykowo lub poprzez ruch. W każdym z nas ponadto przeważa inny rodzaj inteligencji, który sprawia, że efektywność naszej nauki języków jest zależna od obranej metody – innymi słowy: są takie metody, które pasują do nas bardziej, i są takie, które pasują do nas mniej. I w tej właśnie książce pokuszono się o stwierdzenie, które metody do kogo pasują (każda metoda jest opatrzona znaczkiem, który sugeruje, do kogo jest ona skierowana) i dodatkowo jakie umiejętności kształtują.

Przedstawiono tu naprawdę dużo technik nauki języków – od wszystkim znanych mnemotechnik (map myśli, czy takich w stylu: chcesz się nauczyć, że słówko „ribbon” oznacza wstążkę? Wyobraź sobie dużą rybę siedzącą na książce, i myśl, że ta ryba to ribbon! *), przez wszystkim znane gry i zabawy językowe (ułóż krzyżówkę, śmieszną historyjkę z nowo poznanymi słówkami, stwórz domino czy węża literowego), próby podejścia psychologicznego (przykładowo: nie znasz słowa „lampshade”? pomyśl, co to może znaczyć, a potem porównaj to znaczenie z jego prawdziwym, i zastanów się, co to może powiedzieć o Twojej osobowości*), zalecenie zakreślania słów i parafrazowania cytatów, aż po, moim zdaniem, naprawdę fajne techniki (dzięki tej książce przypomniałam sobie, jak kiedyś pisałam swój pamiętnik – wówczas łamaną – angielszczyzną, aby moi Rodzice nie mogli nic z tego zrozumieć, albo też jak nagrywałam swój głos, aby móc sprawdzić swoje błędy i akcent).

Książka ta stanowi więc naprawdę duży zbiór rozmaitych technik nauki, do których trzeba jednak – jak zresztą do wszystkiego – mieć duży dystans. Na pewno motywuje (a wszystkie ćwiczenia są ukierunkowane na miłe spędzenie czasu przy nauce, więc na pewno nie zniechęcają), na pewno więc też stanowi duży zbiór zabaw, dzięki którym można przyjemnie spędzić czas (jeśli oczywiście ktoś lubi spędzać czas z językami) lub urozmaicić prowadzone przez siebie korepetycje/zajęcia językowe. Niektóre proponowane czynności są oczywiste,  niektóre nowatorskie, ale niemal wszystkie – bardzo czasochłonne. Wiadomo, że nauka języka musi zajmować czas. Ale czy warto spędzać godziny na układaniu historyjek ze słówek, których można byłoby się po prostu nauczyć, kilkukrotnie powtarzając czytankę? Jeżeli są to słówka, które w żaden inny sposób nie chcą nam wejść do głowy – to tak, warto poświęcić czas na wymyślenie absurdalnej historii o arbuzie, który zjadł tratwę, przez co nabawił się hiperwitaminozy i zaczął mówić po hebrajsku*. W innym wypadku sama nie widzę sensu w zbyt dużym angażowaniu się w rzeczy, które tak naprawdę tego nie wymagają. Istnieją tu jednak również ćwiczenia, które można nieinwazyjnie wpleść w swoje życie, i właśnie te mi się najbardziej podobają – na przykład wspomniane już uzupełnianie terminarza w obcym języku czy naklejanie karteczek z napisami na odpowiadające im przedmioty. 

Książka ma całkiem sporo wad. Autorka czasami sili się na styl naukowy, czasami pisze niemal potocznie. Cytuje osoby, które ponoć zastosowały zalecane przez nią metody,  ale cytaty te wydają się dość nierzeczywiste, są raczej krótkimi listami pochwalnymi opisywanych technik. W książce brakuje mi obiektywności i sceptycyzmu, a przykłady poliglotów, którzy potrafili nauczyć się języka podczas lotu samolotem, po prostu irytują. Czasami ma się wrażenie, że niektóre metody są wymyślane na siłę; czasami brakuje jakości nawet w mnemotechnikach, nie ma również konsekwencji w przykładach zastosowań określonej metody w różnych językach. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to takie swoiste kompendium sposobów nauki języków obcych, na które warto zwrócić uwagę podczas najbliższego pobytu w księgarni, obejrzeć, i ocenić samodzielnie.

*przykład mój własny


Tymczasem fiszki niesamowicie mi się spodobały. Kiedyś robiłam podobne samodzielnie, ale jakoś nie chciało mi się z nich korzystać. Tych używam, ponieważ podobają mi się graficznie, są nieco sztywniejsze niż moje własne, a w dodatku są podzielone tematycznie i zawierają przykłady zdań z użyciem zapamiętanych słówek. Jest ich dużo, a wszystkie mieszczą się w ładnym, małym opakowaniu. Jeśli ktoś chciałby spróbować nauki z fiszkami, a nie ma ochoty robić własnych, tudzież jego własne mu się nie podobają – serdecznie polecam.



Pół godziny po zamieszczeniu tego posta zauważyłam, że na blogu Aleksandry też jest post na temat tej książki, a także na temat innych książek o nauce języków obcych. Zachęcam do przeczytania jej wpisów, zwłaszcza, że większą wagę przywiązuje ona do aspektów technicznych niż ja, a samą wspominaną tu książkę ocenia o wiele bardziej pozytywnie.

Także Paulaaaa opisuje swoje - bardzo pozytywne - odczucia po kontakcie z tą książką - zapraszam więc i do niej na blogi:).

7 komentarzy:

  1. Bardzo fajna recenzja. Również pisałam u siebie o tej książce. Dostałam ją w grudniu do oceny i bardzo mi się spodobała. Dobrze czytać różne recenzje tej samej pozycji, bo ty zwróciłaś uwagę na zupełnie inne rzeczy niż ja i otworzyłaś mi oczy na niektóre rzeczy.

    Jak można przeczytać u mnie, książka bardzo mi się spodobała. Nie zwracam uwagi na niektóre rzeczy takie jak wypowiedzi innych osób na temat danego sposobu nauki. Nawet jeżeli to są jakieś tam opinie, to autor książki nigdy nie przedstawi opinii negatywnej na dany temat, więc czytałam je, ale już nie komentowałam u siebie.

    Też zwróciłam uwagę na historię o nauce języka w samolocie. Mało prawdopodobne i nie sądzę, żeby w kilka godzin lotu nauczyć się języka tak dobrze, żeby mówić w nim płynnie, bo gdyby byłoby to możliwe, ludzie nie uczyliby się języków po kilka lat ;)

    Mimo wszystko uważam, że książka jest warta przeczytania i warto w nią zainwestować. Daje na pewno pokłady motywacji, mniejszej czy większej, no i dla tych co ograniczają się do jednej techniki nauki, która niekoniecznie jest skuteczna, podsuwa inne, być może ciekawsze ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za komentarz, Paulaaaa, dobrze zobaczyć, co sądzą inni. Cieszę się, że książka Cię tak zmotywowała (już przeczytałam Twoją recenzję), i tak sobie pomyślałam, że opinia o książce naprawdę w dużej mierze zależy od osoby, na którą trafi. Sama przeczytałam całkiem sporo poradników na różne tematy, a i z natury sceptycznie patrzę na różne rzeczy, zatem i w stosunku do książki jestem dość krytyczna. Większość z tych sposobó nauki było mi zresztą dobrze znanych - co w tej książce było jednak naprawdę fajne, to to, że wszystkie te sposoby zostały ładnie skondensowane i zgromadzone w jednym miejscu. Podzielam więc Twoje zdanie - książkę na pewno warto zobaczyć:), ale decyzję o zakupie najlepiej podjąć dopiero po jej obejrzeniu.

    [Jeżeli chodzi o to, że autor nigdy nie powie nic negatywnego o swoich metodach - to niestety w poradnikach jest to całkowitą prawdą. Mi samej marzyłoby się przeczytać coś takiego: "ta metoda jest skuteczna, ale czasochłonna. Jeśli więc musisz szybko opanować materiał, zdaj się na inną", lub: "ta metoda służy bardziej do zabawy, motywuje; na dłuższą metę skuteczniejsza będzie..." Rozwalił mnie też przykład mamy, która słucha nagrań, gdy wozi dzieci samochodem - sama uważam, że powinna wówczas rozmawiać z dziećmi lub słuchać czegoś, z czego i one by skorzystały (taka wspólna nauka), a nie tak samolubnie... Poradnik poradnikiem, mnogość sposobów mnogością, znajdowanie czasu znajdowaniem, ale... są tam rzeczy, które chętnie bym pozmieniała, bo są moim zdaniem po prostu niewłaściwe. Ale to takie moje spostrzeżenia, z którymi oczywiście nie trzeba się zgadzać:)]

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie metoda z układaniem historyjek nie bardzo się sprawdza. Wydaje mi się, że to tylko komplikuje sprawę - zamiast jednego słowa mam kilkanaście. Co prawda do dziś pamiętam wierszyk z dzieciństwa, dzięki któremu nauczyłam się kolejności planet w Układzie Słonecznym, ale tamten schemat opierał się na nieco innych zasadach i był mniej skomplikowany niż te długaśne historyjki. W każdym razie... U mnie przewagę mają symbole, dzięki którym staram się kojarzyć słówka. Dlatego tak bardzo polubiłam na studiach mapy myśli, które wręcz osaczam kolorami i znaczkami :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy wpis - zwłaszcza, że mam już za sobą lekturę recenzji tej książki u Aleksandry :). Paradoksalnie, ta Twoja recenzja jeszcze bardziej zachęciła mnie do kupienia tej książki... Bo skoro macie różne opinie na jej temat, to tym bardziej chciałabym sprawdzić, co sama będę o niej myślała :).
    Nb, cieszę się, że wróciłaś na bloga!

    OdpowiedzUsuń
  5. Futbolowa: też do tej pory pamiętam jeden taki wierszyk: "jeden siedem dziewięć pała konstytucja trzeci maja";). A z tym układaniem samodzielnych historyjek to jest tak, że wrzucasz w nie wszystkie słowa, których nie znasz, i podobno im bardziej absurdalne Ci wychodzą, tym łatwiej zapamiętujesz. Fajnie, że odnalazłaś metodę, która najlepiej do Ciebie przemawia:) - może też popróbuję coś z mapami myśli, bo jakoś dotąd nie mogłam się do nich przekonać. Chyba mam staroświeckie podejście do nauki, i może czas to zmienić:). Pozdrawiam ciepło!:)

    Aithne: dziękuję:). Wiesz, moja recenzja nie miała nikogo zniechęcić do kupowania tej książki, raczej do obejrzenia przed zakupem. Może dlatego, że już trochę podobnych książek widziałam, to ta jakoś nie wywarła na mnie niesamowitego wrażenia, ale jestem przekonana, że dla wielu będzie pomocna i motywująca. Tak czy inaczej - czekam na jej recenzję na Twoim blogu:) /i: tak, wróciłam, i zamierzam już pozostać:) i miło, że tak piszesz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie spróbuj map myśli - ja czuję się tak, jakbym dzięki nim weszła na wyższy level. Jeszcze nie wszędzie potrafię je zastosować, bo nie do wszystkich zagadnień na studiach polonistycznych pasują, ale często do nich sięgam :)

      A co do absurdalnych historyjek - może spróbuję dać im szansę, lubię odkrywać nowe sposoby i środki :)

      Usuń
  6. tłumaczenie niemieckiego4 września 2012 12:18

    Według mnie najważniejszym czynnikiem do nauki języka obcego jest ciągły z nim kontakt; na moim własnym przykładzie: niemieckiego nauczyłem się przede wszystkim oglądając za młodu niemieckie kanały w telewizji; analogicznie angielskiego nauczyłem się z gier komputerowych/internetu. Nie można oczywiście zanegować roli szkoły, ale IMO sama szkoła to trochę za mało do w miarę solidnego opanowania języka.

    OdpowiedzUsuń