niedziela, 7 lipca 2013

O świecie chińskim i egzaminie z niemieckiego – pokrótce

Miałam nie wracać już tu, ale wróciłam – choć tylko na chwilę, tylko na ten post, i tylko z dwóch powodów. Ale na początku Wam podziękuję – statystyki mojego bloga raczej rosną niż maleją, co dziwi i cieszy. Dziwi – bo bloga zamknęłam, cieszy – bo to oznacza, że kogoś interesują jeszcze moje wpisy, i że komuś jeszcze mogą one pomóc. Więc: dziękuję :).

Więc dlaczego wróciłam, choć miałam tego nie robić? Otóź chciałam podzielić się tu dwiema sprawami: tym, że zaczęłam się uczyć chińskiego, choć nie brałam tego wcześniej pod uwagę, oraz tym, co sądzę o egzaminie z niemieckiego GDS-C2, do którego niedawno podchodziłam, a o którym nie mogłam wcześniej sama znaleźć żadnych opinii w Internecie.


O świecie i języku chińskim

W jednym z poprzednich postów pisałam, jakich pięciu języków zamierzam się uczyć; wykluczyłam tam chiński, stwierdzając, że pewnie jest tak trudny, że nie będę w nim w stanie dojść nawet do komunikatywnego poziomu, jeśli nie poświęcę mu bardzo dużo czasu – a przecież nie poświęcę mu bardzo dużo czasu, bo przecież mam jeszcze inne zainteresowania.

Los jednak czasem bywa przewrotny. Być może za jakiś czas na jakiś czas będę miała szansę pojechać do Chin. Nie jest to w żadnym razie pewne, ale chyba żaden zapalony poliglota nie jest w stanie przepuścić takiej okazji – i takiej motywacji – do nauki nowego języka. Ja w każdym razie nie mogłam.

Zaczęłam więc poznawać znaki i uczyć się tonów. Odkrywać, jak bardzo język ten jest związany z kulturą chińską. Odzwierciedla się w nim nawet hierarchiczna struktura społeczeństwa: w języku mandaryńskim na przykład nie ma słów takich jak brat czy siostra, można powiedzieć jedynie ‘starszy brat’ albo ‘młodszy brat’, ‘starsza siostra’ albo ‘młodsza siostra’. Nie ma słowa ‘tak’, można za to przytakiwać odpowiadając czasownikami z pytań; przy czym nawet przytakując, możemy pozawerbalnie pokazywać, że nie zgadzamy się z rozmówcą, i zakładać, że nasz rozmówca zrozumie nasze prawdziwe intencje, niewyrażone przez grzeczność i strach przed utratą mianzi (o mianzi - twarzy będzie tu za chwilę).

Nie bez powodu więc język doprowadził mnie do większego zainteresowania się tą kulturą, rozumianą zarówno jako różnice pomiędzy naszym europejskich i tamtejszym wschodnim światem, jak i wszelkimi zjawiskami zachodzącymi tak w historii, jak i we współczesnym świecie chińskim. Zaczęłam czytać książki, blogi, strony internetowe związane z chińskim i z Chinami. Gromadząca się we mnie wiedza potrzebowała jednak jakiegoś ujścia, i po wielu dniach przemyśleń, postanowiłam założyć stronę na ten temat na Facebooku. Nie na blogu, bo ten wymaga dłuższych notatek, ale na FB, gdzie wiele osób może obserwować na bieżąco wszelkie wiadomości. Jeśli więc ktoś interesuje się Chinami/językiem chińskim, lub też chciałby się o tym dowiedzieć czegoś więcej, serdecznie zapraszam:




Strona będzie o tych ciekawych rzeczach, o których uważam, że warto się dowiedzieć. Dziś na przykład odkryłam zabawną lekcję, pokazującą, jak się nauczyć pierwszych chińskich znaków metodą skojarzeniową, czyli jak powiązać znaczenie z danym obrazkiem: http://www.ted.com/talks/shaolan_learn_to_read_chinese_with_ease.html , a kilka dni temu napisałam o mianzi:

„Twarz (Mianzi, 面子) ma niezwykłe znaczenie dla Chińczyków. W pewnym sensie jest odpowiednikiem europejskiego 'honoru', można ją stracić, zdobyć, użyczyć. Im więcej się jej ma, tym większy wpływ ma się również na innych, stąd też od osób zajmujących wysokie pozycje oczekuje się, że 'mają dużo twarzy'.

 Twarz traci osoba, która zabiera głos na spotkaniu bez konsultacji swojego przełożonego; która nie potrafi odpowiedzieć na pytanie w pracy; która zostanie obrażona lub upomniana przy innych; która narusza przyjęte standardy.

 Twarz zyskuje osoba, na której można polegać i która postępuje zgonie z obowiązującymi regułami.
 W Chinach mianzi jest traktowane bardzo poważnie. Tamtejsze firmy często zatrudniają kogoś, kto nie tylko dba o ich wizerunek, ale i zapobiega utracie twarzy.

 Ze względu na istotność mianzi, Chińczycy starają się zatem unikać wszelkich sytuacji, które mogłyby prowadzić do konfrontacji. Strach przed utratą twarzy może doprowadzić do tego, że będą się oni starali ukryć złe wiadomości; z drugiej strony strach ten może stanowić dla nich również czynnik motywujący”.


O egzaminie z języka niemieckiego Goethe Institut GDS-C2

Postaram się już streszczać:) : na stronie Instytutu Goethego możemy znaleźć przykładowy arkusz egzaminacyjny na poziomie C2. Osoby, które faktycznie są na tym poziomie, mogą stwierdzić, że jest on jakoś dziwnie zbyt prosty – i będą miały rację. O ile formuła egzaminu jest dokładnie taka, jak to przedstawiono, o tyle (i tu będzie o podobieństwach i różnicach):

- transformacje zdań są o wiele trudniejsze (warto przerobić ‘Sag’s Besser 1&2’)
- nie ma problemów ze zrozumieniem słuchania, sama treść jest, zdaje się, na podobnym poziomie – ale trzeba bacznie uważać na sformułowania, czasem podchwytliwe, w zadaniach. Ogółem: trudniejsze niż w przykładowym teście
- mówienie – egzaminatorki są naprawdę przesympatyczne, starają się stworzyć bardzo miłą i rozluźniającą atmosferę; moje tematy, na tyle, na ile pamiętam: ustosunkować się do stwierdzenia, że człowiek jest kowalem własnego losu; poprowadzić rozmowę na temat finansowania badań przez instytucje pozarządowe (dokładniej chodziło o Drittmittel)
- tematy wypracowań nie zaskakują. Podobne jak na maturze (wybrany przeze mnie dotyczył ustosunkania się do jakichś stwierdzeń odnośnie do dbania o środowisko), tylko – wiadomo – poziom wyższy. Jeżeli jest się w stanie zmieścić w czasie, i przygotuje się wcześniej do formy – nie ma się czego bać. 

niedziela, 7 października 2012

Zamknięcie bloga

Nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, jednak dziś powzięłam decyzję zakończenia prowadzenia swojego bloga. Pisanie tu postów sprawiało mi zawsze ogromną przyjemność, a jeszcze większą - czytanie Waszych komentarzy i e-maili, wszelkich słów, które sprawiały, że chciało mi się dzielić z Wami moimi przemyśleniami i planami naukowymi.

Dziękuję za to wszystko, to dla mnie bardzo dużo znaczyło i znaczy. Czasem jednak, kiedy weryfikujemy swoje priorytety, okazuje się, że istnieją rzeczy, które należy zakończyć. Z moich wyliczeń (a jak niektórzy wiedzą, bardzo lubię wszelkie wyliczenia:)) wynika, że musze zakończyć działalność bloga.

Zatem zakańczam. I za wszystko bardzo, ale to bardzo dziękuję. To Wy mi więcej daliście, niż ja Wam swoją internetową bazgraniną.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

O moich zapędach językowych i próbie ich utemperowania


Jakiś czas temu wreszcie podjęłam decyzję. Pod moim wpisem  Ilu języków można się uczyć jednocześnie?” pojawiło się bardzo dużo różnych komentarzy, które dały mi do myślenia. Doszłam do wniosku, że – choć to naprawdę przyjemne – powinnam skończyć z krótkookresowym zanurzaniem się w jakiś język, o którym wiem, że jego nauki na dłuższą metę kontynuować nie będę. I tak oto, z ciężkim bólem serca, zdecydowałam się na pięć języków, których w miarę możliwości będę się uczyć, i nie będę rozszerzać tej listy, dopóki kolejny język nie wskoczy na poziom C1. 

Zanim przejdę do samej listy i motywów wyboru takich a nie innych języków, wyjaśnię może, dlaczego te pięć to wcale nie tak dużo, jakby się wydawało. Otóż każdy ma jakieś hobby, jakąś pasję, to, co lubi robić w wolnym czasie, a także każdy ma jakiś czas, który przeznacza/czuje, że musi przeznaczyć na stracenie/odmóżdżenie się/próbę wyłączenia się i nie-myślenia o niczym. Tak więc, kiedy ktoś czyta jakąś książkę, ja też czytam, tylko staram się, żeby ta książka była w języku obcym. Kiedy ktoś ogląda jakiś film, ja też oglądam, tylko raczej bez napisów i w języku obcym. Kiedy ktoś poszukuje w Internecie forów o fotografowaniu, ja próbuję zmierzyć się z obcojęzycznym tekstem o historii sztuki. I to wszystko traktuję jak naukę.

Inna sprawa, że kiedyś imałam się każdego języka, który mi się w danej chwili spodobał. Teraz też z bólem serca odkładam na niewiadomokiedy-byćmożenigdy naukę portugalskiego, który jest nie tylko piękny, ale przydałby mi się za miesiąc podczas tygodniowego urlopu w Portugalii (notabene to idealny okres na jakiś samouczek ‘Portugalski w miesiąc’!), ale postanowiłam być dzielna (trudne to..)

Jest jeszcze jeden powód, dla których pięć języków w moim wypadku to nie tak dużo: nie zamierzam uczyć się ich w tym samym tempie. Nie z każdym planuję spędzać czas codziennie, i zamierzam nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Postanowiłam bardziej sprecyzować swoje zainteresowania językowe, i niektóre potraktować jako niegroźne hobby.


A oto i moja lista:


1.       Język angielski

Powody, dla których trzeba znać angielski są oczywiste. Mój angielski jest na całkiem wysokim poziomie, ale nie na tyle wysokim, bym bez obaw mogła podejść do CPE. Bez obaw zamierzam podejść do egzaminu po przerobieniu kilku wybranych przeze mnie podręczników (wśród których znajdują się m.in. „Upstream Proficiency” i „Successful Writing Proficency”), co nastąpi najpóźniej w czerwcu przyszłego roku (choć chyba będę musiała jeszcze przemyśleć tę decyzję, jako że formuła egzaminu się nieco zmienia). Tymczasem dla przyjemności czytam w tym języku książki i oglądam filmy, nie męcząc się przy tym jakoś specjalnie, mając jednak nierzadko problemy ze zrozumieniem brytyjskiego native’a, mówieniem (zwłaszcza muszę popracować nad wymową) i pisaniem (chyba że się bardzo staram i koncentruję).


2.       Język niemiecki

Czytam książki, oglądam filmy, dużo rozmawiam, pracuję, lubię kraj, interesuje mnie kultura, nie wykluczam zamieszkania tam kiedyś na jakiś czas. Aby zrealizować swoje sekretne niemieckie plany, z tego języka również potrzebuję certyfikatu (Goethe Zertifikat C2), a do tego z kolei przerobienia m.in. dwóch części ‘Sag’s besser’, ‘Oberstufensbuch’, ‘Grammatik fuer Fortgeschrittene’ i zadręczania znajomych Niemców swoją osobą i swoimi wypracowaniami :). Plan certyfikatu: najpóźniej pierwsza połowa przyszłego roku, najlepiej: przed końcem lutego.


3.       Język rosyjski

Jestem względnie na bieżąco z ‘Kommiersantem’ i z serialami w tym języku, mam pocztę e-mail i FB po rosyjsku, ale jak dotąd przeczytałam w nim tylko jedną książkę. Plan, oprócz przerobienia genialnej książki ‘Russkij jazyk siewodnia’ (którą notabene kiedyś przerobiłam... Tylko na zdecydowanie za długo przerwałam później naukę) – uwaga! Książka, choć naprawdę świetna, jest bez płyty –  zakłada zwiększenie ilości czasu na czytanie oraz ustalenie ze znajomą Rosjanką godziny tandemu rosyjsko-niemieckiego, który będzie się odbywał raz w tygodniu.  Inny plan to taki, że w chwili, gdy dojdę z rosyjskiego do poziomu C1, dorzucę do tej listy kolejny język.


4.       Język francuski

Do tego języka podchodziłam wielokrotnie, zawsze zaczynając od początku. Do niedawna miałam wrażenie, że jestem osobą o najlepszych podstawach tego języka na świecie (z każdym kolejnym razem coraz bardziej mnie te podstawy nudziły, ale wychodziłam z – jak teraz sądzę – błędnego założenia, że trzeba zawsze zaczynać od początku, jeśli się wszystkiego nie pamięta), ale osobą, która nie przekroczy nigdy poziomu A2/B1. Teraz, w ramach tandemu niemiecko-francuskiego, będę się spotykać z inną koleżanką raz w tygodniu i na moją prośbę przerabiać ‘Vite et bien 2’. Poza tym będę słuchać francuskich piosenek, i czytać sobie, już po polsku, ‘Dzieje kultury francuskiej’.


5.       Język arabski

Zawsze chciałam się uczyć jakiegoś ‘egzotycznego’ języka, języka o innym alfabecie i języka, który nie przypominałby żadnego europejskiego. Niesamowicie podoba mi się japoński, korcą chińskie znaczki, kuszą koreański czy hindi... Chciałoby się, chciało, ale stwierdziłam, że wybiorę arabski. Bo alfabet jest możliwy do nauczenia się (choć niekoniecznie do względnie przypominającego poprawne wymówienia ;)), bo język jest podobno logiczny i podobno po wielu latach będę w stanie coś nawet przeczytać. To szybciej niż z chińskim (z którym może by coś wyszło po bardzo wielu latach), bardziej przydatnie niż z koreańskim (bo wakacje prędzej – bo łatwiej – spędzę w Egipcie niż w Korei, choć chętnie odwiedziłabym i Koreę), ładniej brzmi moim zdaniem niż hindi; w dodatku znalazłam parę ciekawych książek o kulturze arabskiej i interesującą stronę Arabia.pl. Jeżeli po jakimś czasie regularnego acz nieprzesadnie częstego zaglądania w samouczek stwierdzę, że się wciągnęłam i mam prawdziwą motywację (a nie tylko taką ‘bo chcę’ i że chciałabym rozumieć telewizję Al Jazeera, a w dodatku te znaczki są taaaakie ładne), przyśpieszę naukę. Jeśli nie – na pewno nie uznam tego czasu za stracony, za to na miejscu piątym znajdzie się inny język.


Turecki, szwedzki,hiszpański, hebrajski i czeski na razie odrzuciłam. Postaram się wytrwać i za jakiś czas podzielić się tym, ile założeń spełniam, ile nadspełniam, a ile okazało się zupełnie nietrafionych. I oczywiście, czy udało mi się wytrwać bez samouczka ‘Portugalski w miesiąc’. :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Ostalgia, czyli co jest takiego w Spreewaldgurken


Dlaczego nie da się nauczyć wszystkich języków świata? Odpowiedź wydaje się zarówno oczywista, jak i prawdziwa: jest ich zdecydowanie za dużo. Ale za dużo nie tylko ze względu na liczbę słów i reguł gramatycznych, lecz również ze względu na cały dorobek kulturowy, który języki ze sobą niosą.

Nieraz słyszałam opinie osób studiujących filologię, że takie przedmioty jak „Literatura Anglii” czy „Historia Francji” są zbędne na ich studiach, przecież przyszły się tam nauczyć języka. Jednak jak można się nauczyć języka, jeśli nie będzie się w stanie pojąć wszelkich niuansów znaczeniowych, związanych często właśnie z kulturą?

Nie będę się nad tym rozwodzić, bo jak tytuł mojej notki wskazuje,  zamierzam skupić się tu odrobinę na zjawisku ostalgii, który też udowodni też tę jakże oczywistą moją antytezę. Otóż ostalgie (niem. Ostalgie) to słowo, które pochodzi z połączenia słów „Ost” (wschód) i „Nostalgie” (nostalgia), co w połączeniu daje ‘tęsknotę za wschodem’. Ostalgia powstała po połączeniu się NRD i RFN w wyniku rozczarowania ludzi ze wschodniej części Niemiec – wbrew oczekiwaniom osób z byłego bloku komunistycznego, zmiany, które zaszły po transformacji ustrojowej, nie zawsze były korzystne*.

Kiedy już więc minęła euforia związana z ponownym zjednoczeniem Niemiec (Wiedervereinigung Deutchlands) , wiele osób zaczęło wspominać czasy, w których żyło im się inaczej. Zaczęły powstawać ostalgiczne filmy (wzorcowymi przykładami są tu „Słoneczna Aleja” i „Good bye, Lenin!”), a wiele przedmiotów/sytuacji, które kojarzyły się z czasami NRD, urosło do rangi symboli.

Na ulicach zaczęto więc na nowo zachwycać się trabantami, wspominać smak ogórków spreewadzkich (Spreewaldgurken), wina musującego „Czerwony Kapturek” (Rotkaeppchen-Sekt) czy kawy Mocca Fix Gold; zatęskniono za postacią Piaskowego Dziadka z enerdowskich bajek („Unser Sandmaennchen”), produkowaną przez kombinat chemiczny kredką do ust „Indira”, kremem do rąk „Fissura”, za ludzikiem z z sygnalizatorów świetlnych dla pieszych(Ampelmaennchen) czy zwykłymi ceratowymi obrusami. Ale czy obecne produkty ustępują jakością tym powstałym przed połączeniem się NRD z RFN, czy ustępują im tak mocno, żeby za nimi tęsknić? 

Nie w tym rzecz, nie o to tu chodzi. Niemcy Wschodnie były państwem totalitarnym, represje na obywatelach były na porządku dziennym. Ale jednocześnie, odgrodzone od Zachodu, dawały swoiste poczucie bezpieczeństwa; pojęcie bezrobocia praktycznie nie istniało, a opieka socjalna i zdrowotna była zagwarantowana każdemu. Każdy miał szansę na mieszkanie i samochód, każdy więc miał gwarancję pewnej stabilności. Po latach od upadku systemu zaś powoli można było zacząć zapominać o strachu przed Stasi. 

Zatem choć ostalgia wydaje się tak naprawdę zwykłą tęsknotą za przysłowiowymi ‘starymi, dobrymi czasami’ na terenie wschodnich Niemiec, a teraz również zwykłą modą, warto wiedzieć co nieco o przeszłości tego kraju, kiedy zechce się odwiedzić berliński sklep z pamiątkami i zrozumieć ich znaczenie.



*Ustrój NRD musiał się dopasować do systemu RFN, wielkie przedsiębiorstwa przejmowały małe zakłady produkcyjne, zwiększyły się przestępczość i bezrobocie, powstało dużo stereotypów o Ossich i Wessich (Niemcach ze wschodniej/zachodniej części Niemiec), nie wszystkie obietnice zachodnioniemieckiego rządu zostały spełnione.

piątek, 22 czerwca 2012

Verlan


[Tytułem przedmowy: Ostatnio dostałam kilka propozycji współpracy z profesjonalnymi portalami szkół językowych, jednak nie chcąc zamieniać swojego bloga w przestrzeń reklamową, postanowiłam zgodzić się na współpracę z tym portalem, który najbardziej mi przypadł do gustu. Dlatego też z przyjemnością zamieszczam tu artykuł, powstały ze współpracy z portalem Sprachcaffe – efektywna turystyka językowa za granicą, i oczywiście zapraszam również na stronę internetową]

Każdy z nas wie, że na naukę języków obcych nie składają się tylko podręcznikowe zasady, słówka czy zwroty, że niezwykle ważny jest stały kontakt z żywym i wciąż przeobrażającym się językiem. Większość z nas zrozumiała to podczas pobytu w obcym kraju, gdy pragnąc zweryfikować swoje umiejętności w codziennej konwersacji, okazywało się, że owa konwersacja sprawia nam problemy. Mogą one wynikać z wielu przyczyn, takich jak na przykład nasza nieśmiałość czy trudny do naśladowania akcent, ale często okazuje się też, że problemem naszego niezrozumienia rozmówcy jest niezrozumiała dla nas mowa potoczna, często slang. Rzadko naucza się tego na lekcjach, rzadko znajdziemy je w podręcznikach, ale na pewno są obecne w codziennych rozmowach.

O ile bowiem slang amerykański czy brytyjski jest nam stosunkowo dobrze znany z filmów, seriali, internetu, choćby nawet zapożyczeń do języka polskiego, to  już z innymi językami nie jest tak łatwo. Istnieje na przykład pewna odmiana slangu francuskiego o niespotykanej konstrukcji, który dla wielu może być ciekawostką. Wybierając się do Francji na wypoczynek lub naukę francuskiego z pewnością się z nim spotkacie. Przedstawiam Wam zatem slang francuski o dostojnie brzmiącej nazwie i prostocie w swej zawiłości: „Verlan”.

Verlan – jak wiele innych slangów – wywodzi się z młodego, a zatem i dość butnego środowiska, a jego rozumienie pozwalało poczuć się członkiem tej grupy. Verlan był swoistym szyfrem, który polegał (i wciąż polega, w Paryżu na przykład młodzież wciąż się nim posługuje) na wplataniu kilku niezrozumiałych dla postronnych osób słów w zdanie. Słowa te powstawały w wyniku zmiany kolejności sylab w wyrazie oraz usuwaniu lub dodawaniu liter w taki sposób, aby wymowa była możliwie logiczna i prosta.
Samo słowo Verlan powstało w wyniku przekształcenia słowa l’envers (odwrócenie). Zostało podzielone na dwie sylaby l’enand i vers i przeszło szybka metamorfozę l'en vers... versl'en... verslen... verlen... verlan.

Jak już było to wspomniane wcześniej, obecnie możemy spotkać się z Verlan na co dzień, a niektóre słowa weszły do powszechnego użycia. Przykładem jest słowo beur (od arabe), które w latach 80tych stało się szeroko rozpowszechnionym określeniem osoby urodzonej we Francji, lecz będącej pochodzenia północnoafrykańskiego. W związku z tym, że i slang wciąż ewoluuje, po jakimś czasie beur przekształciło się w obecnie uzywane reub.

Jednosylabowe wyrazy zwykle wymawia się po prostu od tyłu np.: fou – ouf. Nawet sławne angielskie cool ma swój francuski odpowiednik – looc.

Pozostałe najciekawsze przykłady słów w slangu verlan:


klasa - une cecla (fr. une classe)
francuski - céfran (fr. français)
złośliwy – chanmé (fr. méchant)
basen – une cinepi (fr. une piscine)
grupa – une deban (fr. une bande)
płyta, album – un skeud (fr. un disque)
kawiarnia – un féca (fr. un café)
brat – un reuf (fr. un frère)
szalony – geudin  (fr.dingue)
dzień dobry, cześć – jourbon (fr. bonjour)
czarnoskóry – un kebla (fr. un black z ang.)
zapomnij – laisse béton (fr. laisse tomber)
kobieta, żona – une meuf (fr. une femme)
szalony, wariat – ouf (fr. fou)
papieros – une péclot (fr. une clope)
matka – une reum (fr. une mere)
ojciec – un reup (fr. un pére)
siostra – une reus (fr. une sœur)
skorumpowany, zapsuty – ripou (fr. pourri)
muzyka – la siquemu/la sicmu (fr. musique)
autobus – un sub (fr. un bus)
butelka – une teibou (f. une bouteille)
impreza – une teuf (fr. une fête)
wychodzić – tisor (fr. sortir)
zdjęcie – une tof (fr. une photo)
metro – le tromè (fr. le mètro)
dziwny – zarbi (fr. bizzare)
dziewczyna – une zesgon (fr. une gonzesse)




Wiedząc o tym, na pewno możecie zadziwić swoich znajomych, nauczyciela francuskiego, a przede wszystkim rodzimych użytkowników tegoż języka. Informacje te na pewno ułatwią komunikację z Francuzami, a dzięki sympatycznej zabawie polegającej na bazowaniu na prawdziwych słowach francuskich, pomóc w nauce języka francuskiego. Może mnie samą nie jest trudno zachęcić do nauki jakiegokolwiek języka, ale czytanie o Verlan na pewno jeszcze bardziej zmotywowało mnie do zajęcia się francuskim :).

Artkuł sponsorowany powstał we współpracy ze Sprachcaffe – efektywna turystyka językowa za granicą.

sobota, 16 czerwca 2012

Seria „Nie gryzie” wyd. Edgard i zapowiedź konkursu


Wielu z nas wkrótce wyjedzie na długo wyczekiwane wakacje, wielu z nas też postara się przed wyjazdem nauczyć przynajmniej podstaw języka kraju, do którego wyjeżdża. Naprzeciw takim potrzebom wychodzi wydawnictwo Edgard wraz ze swoją serią „Nie gryzie”, która zawiera takie języki jak: angielski, chiński, duński, japoński,  niderlandzki, norweski, portugalski, turecki, ukraiński, włoski oraz polski dla obcokrajowców.

Ostatnio od wydawnictwa dostałam do oceny książkę „Turecki nie gryzie”. Z językiem tureckim nie miałam nigdy wcześniej do czynienia, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile poprawny jest turecki w niej użyty (wciąż mam w pamięci wpis Aithne o języku japońskim), wiem natomiast, co sądzę o samej książce:


Zalety:

1.       Od razu po jej otwarciu rzuca się w oczy bardzo ładna szata graficzna i przejrzystość.
2.       Poziom trudności jest powoli stopniowany, wszystko jest tu ładnie roztłumaczone (choć podejrzewam, że i ułatwione, jak to zwykle na poziomie początkującym).
3.       Dostajemy w niej sporo informacji o kulturze i zwyczajach tureckich oraz użyciu poszczególnych słów w odpowiednim kontekście (dowiemy się na przykład, co się dzieje podczas Kurban Bayrami, dlaczego na tureckiej prowincji spotkamy żandarmerię wojskową oraz jakie słowo uchroni nas przed urokiem).
4.       Zawiera płytę z nagraniami lektorów.
5.       Przyjemnie się z niej uczy i bardzo chętnie się do niej sięga, zachęca do kontynuacji nauki języka.

Wady:

1.       Po jej przerobieniu będziemy mieć tylko bardzo ogólne pojęcie o języku tureckim, poznamy podstawowe zwroty i wyrażenia oraz podstawową gramatykę. Nie jest to jednak (moim zdaniem) nawet pełny poziom A1, to jest raczej próba wgryzienia się w język i kulturę, ich posmakowania i ocenienia, czy warto inwestować swój czas w dalszą naukę. 
2.       Z tego co wiem, wydawnictwo nie oferuje kontynuacji książki na wyższych poziomach – po ukończeniu tej książki trzeba szukać nowych materiałów do nauki języka.


Innymi słowy: zachęcam do obejrzenia książki z wybranym przez siebie językiem w księgarni.  Myślę, że może ona stanowić dobry wstęp do dalszej nauki języka. 

Tak swoją drogą, gdyby ktoś znał jakieś fajne materiały do nauki tureckiego, niechaj się nimi ze mną podzieli. Chyba mam ochotę na kontynuację nauki :)

Wkrótce ogłoszę również na swoim blogu konkurs, w którym do wygrania będą dwa egzemplarze książki „Turecki nie gryzie”, dostarczę więc Wam okazji, byście mogli książkę ocenić samodzielnie.

A oto link do recenzji Pauli: http://yosoymorena.blogspot.com/2012/06/hiszpanski-i-portugalski-nie-gryza.html :)

środa, 23 maja 2012

Zjazd blogerów

UPDATE: Relację ze spotkania można przeczytać na blogu Dimy: http://nietylkorosyjski.blogspot.com/2012/06/pogaduszki-poliglockie-3-relacja.html?showComment=1338918160179#c139497655120785292 :)

-----------------------
Ten post przeklejam prosto z bloga Natalii, coby więcej osób się dowiedziało o planowanym spotkaniu językowym:) :

"Mniej więcej tydzień temu odbyło się pierwsze międzynarodowe spotkanie blogerów. A w ubiegły weekend w Zamościu miało miejsce drugie spotkanie blogerów i również międzynarodowe. Oba spotkania były na tyle udane, że powstał pomysł zorganizowania kolejnego spotkania w szerszym gronie. A więc Ola, Dima i ja zapraszamy na spotkanie wszystkich miłośników języków obcych. Spotkanie odbędzie się w Warszawie 2 lub 3 czerwca. To znaczy spotkanie będzie trwało tak naprawdę dwa dni, a więc można się dołączyć w dowolnym z nich :)"

Aby nie dublować informacji, proponuję wszystkie komentarze zamieszczać pod postem Natalii.

I oczywiście:

Zapraszam! :)