środa, 18 maja 2011

Od FCE do CAE w miesiąc, czyli moja przygoda z angielskim

Angielskiego nigdy nie lubiłam. Zmuszano mnie do nauki tego języka, bo przecież przyszłościowy i każdy go powinien znać. Ja jednak zapierałam się rękami i nogami, i za nic nie chciałam się go uczyć, rozwieszając w pokoju jedynie plakaty z wymyślanymi przez siebie hasłami typu "Koniec z angielskim - koniec zmartwień!" czy "Precz z angielskim na naszej polskiej ziemi!". W końcu usłyszałam, że jeśli zdam FCE, to nikt już nie będzie mi kazał uczyć się angielskiego. Zdałam, na B. Było to pod koniec pierwszej klasy liceum.

Potem nie chciałam mieć już nic wspólnego z angielskim. Szkolne zajęcia oscylowały wokół poziomu A2 - B1, więc nie przykładając się bez problemu doszłam do matury, którą też zdałam niezgorzej. Na pierwszym roku studiów w ramach lektoratów poszłam na francuski, zarzekając się, że już nigdy nie tknę angielskiego. Wtedy jednak zostałam wolonatriuszką w jednej z fundacji, która promuje wartości europejskie.

Tam poznałam obcokrajowców. Wielu, i mogłam się z nimi porozumieć jedynie po angielsku. W trakcie różnych projektów fundacji znajomość angielskiego okazywała się zresztą niezbędna, wszyscy zaś władali nim lepiej niż ja. Zaczęłam czytać fora internetowe, poznawałam metody szybkiej nauki języków, w końcu trafiłam też na wątki mówiące o tym, ile trzeba spędzić czasu nad językiem, by z FCE przejść do CAE. Odpowiedzi były bardzo różne, niemniej ja, faktycznie wówczas wierząc, że wszystko jest możliwe, stwierdziłam, że nauczę się w pół roku i zdam. Do pomysłu namówiłam koleżankę, i tak, wszystkie zaoszczędzone przez nas na pierwszym roku pieniądze wpakowałyśmy w grudniowy CAE.

Niemniej wcale nie chciało nam się uczyć. Co innego czytać fora, a co innego faktycznie zabrać się za naukę. Zatem dopiero pod koniec października, kiedy zrozumiałam, że moje życiowe oszczędności przepadną przez moje lenistwo, zaczęłam się uczyć angielskiego. Poczułam nagle tak straszną desperację, że zaczęłam chodzić tylko na obowiązkowe zajęcia na uczelni, wykorzystywałam przy tym wszystkie możliwe nieobecności, nie znalazłam też już czasu na fundację. Uczyłam się niemal bez przerwy, późno chodziłam spać, wcześnie wstawałam, przestałam mieć życie osobiste, i wiecznie siedziałam z książką w fotelu w kuchni wynajętego ze znajomymi mieszkania.

Po tym wyczerpującym miesiącu zdawałam CAE, potem zaś przespałam całe święta. Przekonana o swojej głupocie, nie od razu otworzyłam kopertę z wynikiem, nie chcąc zobaczyć na niej D czy E. Kiedy jakiś czas później zobaczyłam C, zamiast cieszyć się, że jakkolwiek marnie, to jednak zdałam, wyciągnęłam kilka wniosków.

W kwestii nauki języków:
-kiedy tak siedziałam i desperacko uczyłam się, zobaczyłam, że... nauka angielskiego jest przyjemna. To nie było coś, do czego ktokolwiek mnie zmuszał, ale coś, co sobie sama narzuciłam. Tak też zaczęłam swoją przygodę z nauką języków dla przyjemności.
- nie można "mierzyć sił na zamiary", nie można przesadzać z ambicją i nie można nakładać na siebie zbyt dużych obowiązków. Naukę w takim tempie odchorowałam później, przez nią zaniedbałam wszystko inne, i w tamtym semestrze stałam się przysłowiowym studentem, który uczy się do egzaminów na dzień przed.
- doskonałe rezultaty daje całkowite skupienie się na tym, co się robi, takie pełne odizolowanie się od świata zewnętrznego. Po jakimś czasie w trakcie nauki istniały dla mnie tylko teksty w języku angielskim, tylko słowa, tylko konstrukcje. Osoba wchodząca do kuchni nie zawsze była przeze mnie zauważana.

- po CAE mogłam dopiero po ponad dwóch miesiącach wrócić do angielskiego. I dopiero wtedy, po takiej przerwie, jaka zwykle jest odradzana w nauce języków, poczułam, że moja znajomość angielskiego jest lepsza niż przed rozpoczęciem nauki. Wartość dłuższej przerwy zauważyłam później jeszcze kilka razy (choć oczywiście nie można przesadzać z jej długością), w szczególności przy nauce niemieckiego, o czym pewnie wkrótce napiszę.

W kwestii samego egzaminu:
- trzeba się przygotowywać do niego pod kątem zadań. Znajomość języka nie wystarczy - mając np. słuchanie, nie wystarczy zrozumieć tekst - trzeba umieć też jednocześnie bardzo szybko przeczytać tekst (a właściwie: wyłowić odpowiednie słowa), który ma się przed sobą. Na niewiele się zda znajomość ładnych struktur, jeśli napisze się wypracowanie w innej formie niż o to proszą. Egzamin ten, oprócz samej znajomości języka, sprawdza umiejętność radzenia sobie z określonym typem zadań.
- jest przydatny. Zapisałam się na niego, by mieć motywację do nauki, jednak później, kiedy mój angielski stał się faktycznie lepszy, wykorzystałam go kilkukrotnie.

21 komentarzy:

  1. Aż sama nie wiem, czy bardziej podziwiam to, że nauczyłaś się tego wszystkiego w miesiąc (mi przeskoczenie z poziomu FCE na CAE zajęło 2 lata! Fakt, że nie pracowałam szczególnie intensywnie... Ech, głupie podejście dzieciaka, którego rodzice zapisali na kurs i myśli, że to wystarczy :/), czy że mimo to nauka sprawiała Ci przyjemność! Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji... Dla porównania, w przyszłą środę czeka mnie test z 1200 znaków, których, oczywiście, zaczęłam się uczyć za późno, i z każdym kolejnym dniem czuję, że coraz bardziej ich nienawidzę ;). Jak Ty to zrobiłaś? :)
    Ciekawie brzmi ten artykuł o zaletach dłuższej przerwy w nauce. Do tej pory wszędzie czytałam, że to największy możliwy błąd... Zresztą, z moich własnych obserwacji też to wynikało - 3 miesiące po maturze z niemieckiego (która poszła mi naprawdę nieźle), kiedy przez wakacje nawet nie tknęłam tego języka, nie umiałam już się w nim wysłowić. Ale po roku kucia, nie da się ukryć, chciałoby się w wakacje odpocząć od nauki, chociaż trochę... Wstąpiła we mnie nadzieja :).

    OdpowiedzUsuń
  2. trafiłam tu przypadkiem, gdyż zaintrygował mnie post o języku angielskim. Chciałabym dodać, że ja wzięłam się za mój angielski, gdy zaczęło mi grozić zagrożenie w II klasie liceum (czyli bardzo dawno;). Pamiętam, że siedziałam około 4 godzin dziennie, przez dwa tygodnie wkuwając gramatykę i słówka. Rok zakończyłam z 4 na świadectwie i 86% z matury rozszerzonej. Z perspektywy czasu, wiem, że te intensywne 2 tygodnie zmieniły bieg mojej nauki języka i nadal powtarzam, że warto się spiąć i dać z siebie wszystko - efekty przyjdą same.

    Pozdrawiam serdecznie,

    http://burzowykociak.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Aithne: nie mam pojęcia, jak mi się udało. W dodatku - moja koleżanka również zdała ten egzamin. Była ona w o tyle lepszej sytuacji, że miała stały kontakt z językiem - chodziła na lektoraty, jednak na poziomie B2. Mam wrażenie, że to ta determinacja i rozwiązywanie testów nawet na zajęciach nam pomogły. Jednak każdemu będę odradzać takie coś, a na następny, jakikolwiek egzamin językowy, najpierw się nauczę, a dopiero potem zapiszę:). Ważne jest, aby wiedzieć, że jeśli się chce, dużą wiedzę można dość szybko przyswoić, i aby wierzyć, że da się:).

    Jeśli chodzi o Twój japoński - to chyba każdy przechodzi takie "zmęczenie materiałem" od czasu do czasu. To wcale nie musi być słomiany zapał, po prostu jeśli na studiach cały czas Ci wałkują, że musisz się tego uczyć, to pewnie trochę Ci się odechciewa (przynajmniej ja bym tak miała). Sama w takich wypadkach robię sobie na jakiś czas przerwę, a jeśli zaczyna się robić już za długa, to czytam fora i wyobrażam sobie, jak to doskonale mówię w jakimś języku po jakimś czasie, i jak obcokrajowcy się dziwią, że jestem z Polski:), albo że czytam jakąś książkę i rozumiem z niej wszystko:). Są to wprawdzie zbyt daleko idące marzenia, ale pomagają, i zwykle potem z nowym zapałem zasiadam do pracy:). A gdy się wejdzie w taki rytm nauki (niestety, nie przychodzi on od razu), to ciężko przestać:)

    O tej przerwie w nauce napiszę więc za kilka dni:), i właśnie o jej pomocy w niemieckim:). Obawiam się, że niewiele osób zgodziłoby się ze mną, natomiast ja naprawdę mam wrażenie, że odpowiednia przerwa pozwala wiedzy na uleżenie się, a mi samej na odpoczęcie. Muszę poszukać o tym w Internecie - a nuż uda mi się wesprzeć na czyimś innym zdaniu:). Nie trać nadziei, jak kiedyś powiedziałam o tym (innej:)) koleżance, to zaczęła zauważać u siebie to samo:).

    OdpowiedzUsuń
  4. Marta: cieszę się, że tu trafiłaś, i tym bardziej, że napisałaś o swoich doświadczeniach. Tak to chyba jest, że kiedy czuje się, że się musi coś zrobić (napisać odkładaną przez kilka tygodni pracę w jeden dzień, superszybko nauczyć się na sprawdzian/kolokwium), to okazuje się, że wiele rzeczy da się wykonać, i że... nierzadko sa one przyjemne:).

    Poza tym pozwolę sobie śledzić Twój blog:) - lubię czytać o tym, jak ktoś stara się rozwijać. Jest tyle ciekawych rzeczy do nauczenia się, i zawsze przyjemnie poczytać, jak komuś to wychodzi:).

    OdpowiedzUsuń
  5. Święta racja z tym wałkowaniem. Nic dodać, nic ująć. Problem w tym, że nie mogę sobie pozwolić na przerwę, bo sesja... No, ale potem wakacje, zwolnię :).
    To "wyobrażanie sobie" też stosuję! Ja w tych "wizjach" wchodzę do księgarni, otwieram książkę Kawabaty Yasunariego i widzę na stronie tytułowej: "z japońskiego przełożyła..." I tu moje nazwisko. Albo tłumaczę na jakiejś konferencji japońskiego aktora, który mi się podoba ;). Tylko, ech, czasem przychodzi zwątpienie i wtedy ciężko uwierzyć, że to może stać się prawdą...
    Przy okazji, pozazdrościłam Wam wszystkim i też założyłam bloga. Zapraszam pod http://japonskiispolka.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałam nadzieję, że założysz bloga, bo zaciekawiło mnie Twoje podejście do nauki, i Twój japoński i chiński, i w ogóle... Już Cię dodałam do swoich linków:)

    OdpowiedzUsuń
  7. "Wtedy jednak zostałam wolonatriuszką w jednej z fundacji, która promuje wartości europejskie." - można wiedzieć, co to za fundacja? Pierwsze słyszę: "wartości europejskie".

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie chciałam pisać nazwy fundacji, dlatego krótko ją opisałam (tak w ramach ochrony mojej prywatności:)). Natomiast "wartości europejskie" to faktycznie nadużywany slogan, który dotyczy działalności Unii Europejskiej i promowanych przez nią wartości (choć przyznaję, że nie ze wszystkimi się utożsamiam) - takich jak demokracja, wolność słowa, czy innych zapisanych w traktatach (w tym np. te zawarte w Karcie Praw Podstawowych).

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziewczyno... wstawiłaś na bloga swoje zdjęcie, podałaś adres email, ale nie chcesz podać nazwy fundacji dla której pracowałaś, bo to by było zbyt prywatne? Wstydzisz się, czy co? :)

    A demokracja to akurat wartość antyeuropejska :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Zależy, jaką część prywatności chiałoby się chronić - ja wolę nie pisać, gdzie dokładnie byłam wolontariuszką/praktykantką, czy gdzie obecnie pracuję.

    Co do demokracji - to kwestia przyjętej definicji. Ale na tym blogu wolałabym się skupić na sprawach językowych, a nie na tym, co wielokrotnie wałkowałam na studiach:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Hej, Aruenna, a mogłabyś mi podać książki, z których się uczyłaś? Ja od 2 lat się zbieram na CAE, i zebrać się nie mogę. Więc raczej najpierw się zapiszę i potem w około pół roku mam zamiar się nauczyć. Tylko nie mam czasu teraz na kursy i nauczycieli, i wolałabym się sama przygotować...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Hej-hej:)

    Korzystałam z różnych materiałów, ale takim moim głównym podręcznikiem był Upstream Advanced, który szczerze polecam. Zanim go wybrałam przeczytałam dużo recenzji różnych podręczników, i ten był też najbardziej chwalony. Poza tym wypożyczyłam słuchanki ze wszystkich możliwych podręczników i drukowałam testy dostępne w Internecie, przejrzałam również Writing Proficiency Virginii Evans. I tak to:)

    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Zapraszam do polubienia nowej strony poświeconej kulturze i językowi chińskiemu: https://www.facebook.com/AToChinszczyzna?ref=stream

    Strona się dopiero rozwija, ale obiecuję, że będzie ciekawa! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Czyli można samodzielnie się przygotować do CAE? Bo mi mówiono, że bez kursu nie dam rady...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, jestem żywym przykładem, i znam takich przykladow wiecej:)

      Usuń
    2. Innymi słowy najważniejsze to wierzyć w swoje możliwości, i faktycznie bardzo mocno się przyłożyć. Czyli da się, jeśli potrafisz od siebie dużo wymagać.

      Usuń
    3. Właśnie też o tym słyszałam że bez pomocy osób
      wykwalifikowanych w nauce angielskiego, mam marne szanse.
      I co? W marcu tego roku zdałam CAE przygotowując się do niego samodzielnie.:) Chcieć to móc:)

      Usuń
  15. W grudniu zdawałam CAE oczekuję właśnie na wyniki i mam mieszane uczucia, bardzo mi zależy żeby zdać, ale egzamin był trudny i nie z każdej części jestem zadowolona np: czuję że listening poszło mi fatalnie, czy też miałaś takie obawy, jakie miałaś wrażenia po egzaminie? Ja byłabym zachwycona gdybym dostała C

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak Ci napisałam - byłam załamana po egzaminie, i C wyjęte z koperty było najładniejszą literą, jaką mogłam sobie wyobrazić. Nie wiem, jak Tobie poszło, ale z sądami na pewno poczekaj do wyników:) Powodzenia!:)

      Usuń
  16. Z FCE na CAE w miesiąć? Być może Twój angielski był na poziomie C1, a Ty o tym nie wiedziałaś.
    Mimo wszystko gratuluję intensywnego i maksymalnie kykorzystanego miesiąca.

    OdpowiedzUsuń