piątek, 4 listopada 2011

Jak zacząć? Dobre pytanie.

I. Spowiedź Aruenny
[Początek nieco osobisty, zainteresowanych tylko częścią językową odsyłam do części drugiej tego posta]

Pomimo że nie uaktualniałam bloga już od jakiegoś czasu, ostatnio zaczęłam dostawać coraz więcej e-maili od czytelników. Kiedy zaczęłam tu pisać, sądziłam, że moje przemyślenia będzie czytać tylko grono pozostałych językowych blogujących, a tu tak inaczej. Czuje się prawdziwą satysfakcję, że to, co piszę, może być dla kogoś przydatne, i że ktoś prosi o radę, tudzież dzieli się własnymi doświadczeniami.

Tym bardziej przepraszam, że ostatnio nie odpisywałam za szybko na te wiadomości. Dużo pracuję, przeprowadziłam się w miejsce, w którym chwilowo nie mam Internetu, obroniłam pracę magisterską, przeżyłam osobisty koniec świata, rozpadłam się na kawałki i właśnie próbuję się pozbierać. Dlatego tym bardziej dziękuję za te e-maile, bo wiem, że jest coś, co potrafię, i co komuś może pomóc.

Ostatnio otrzymałam też jeden z najlepszych komplementów, jakie mogłabym chcieć otrzymać. Mój bliski, odośmioletni znajomy powiedział mi, że nie zna nikogo innego, kto potrafi tak pracować nad sobą jak ja, tak zmieniać się, i tak umieć kształtować swój charakter. Ten komplement sprawił, że chcę jeszcze bardziej zająć się sobą, bo wiem już, jakie kolejne rzeczy muszę w sobie zmienić. I wreszcie wiem dokładnie, co chcę osiągnąć. I wiem, że domagam się w pewnych sferach perfekcji. W tym chcę poznawać kolejne języki, chcę osiągać poziomy bliskie poziomom nejtiwowskim, chcę wiedzieć o nich samych jak najwięcej. I będę. Bo chcę, bo mogę, bo mam wsparcie.


II. Część druga ;)

W kilku e-mailach dostałam pytania: „jak zabrać się do samodzielnej nauki, od czego zacząć, jak zbudować swój plan?” Albo: „czy uda mi się dojść do takiego a takiego poziomu w tyle i tyle czasu? Muszę, ponieważ mam maturę/egzamin na studiach/etc.”

Na wstępie powiem, że nie jestem ekspertką. W dodatku z szybką nauką języka zawsze mamy do czynienia z eksperymentowaniem.  Wiem też jednak, że dobra motywacja to jedna trzecia sukcesu. Pozostałe części składowe stanowią dobre przygotowanie planu i jego realizacja.

Jak zatem przystąpić do nauki języka samodzielnie?

1.       1. Najlepiej pójść do księgarni /biblioteki/medioteki językowej, pooglądać książki, poprosić o radę, zastanowić się, co chce się osiągnąć, ile czasu można na to przeznaczyć i w jaki sposób najprzyjemniej nam się uczy. Sama, oglądając książki, mam ochotę pochłonąć je wszystkie, każde muśnięcie dłonią nowej okładki sprawia, że chcę pochłonąć ją w całości.

2.       2. Moim zdaniem, rozpoczynając naukę całkowicie od początku, najlepiej wybrać jakiś samouczek, ew. książkę, która zawiera słowniczek danojęzykowo-polski. Dzięki temu nie czujemy się od razu zniechęceni, próbując znaczenia początkowo bardzo obco i trudno nam brzmiących słów. Jeśli nauki nie rozpoczynamy od podstaw, warto zajrzeć do książek, których jeszcze nie używaliśmy, coby te książki nie znudziły nas za szybko. Wyjątkiem są tu gramatyki, które zawsze będą opierać się na podobnym schemacie.

3. 3.  Trzeba ustalić sobie, kiedy możemy się uczyć. Tak realnie, bo wiadomo, że po zajęciach na siłowni będziemy zmęczeni, a po jedzeniu chętniej obejrzymy jakiś film.    

4. Trzeba zaplanować, ile się jest w stanie przerobić danego dnia. Nie robić superdługoterminowych planów, albowiem te zwykle nie wychodzą, ew. stwierdzić, że np. po trzech miesiącach osiągnie się poziom A1, po pół roku – A2. Ale najlepiej zrobić plan kilku kolejnych zajęć, bez dokładnego określania, że jeśli się czegoś nie przerobi jednego dnia, to trzeba to nadrobić innego, dorzucając nieprzerobiony materiał do nowego. Nie ma sensu nadrabiać, w ten sposób można się tylko łatwo zniechęcić.

5.       5. Trzeba posłuchać piosenek w danym języku. Znaleźć tekst, tłumaczenie, i śpiewać ku uciesze sąsiadów.

6.       6. Namówić inną osobę do nauki. Może niekoniecznie wspólnej, ale na pewno jednoczesnej. Zdrowa rywalizacja zawsze pomaga. Ciągła wzajemna motywacja również.

7.       7. Zacząć się uczyć. I nie przejmować się, że nie wszystko wychodzi tak, jak by się chciało. Zwykle nie wychodzi, a jakoś my, wszyscy blogujący, jesteśmy w stanie się samodzielnie uczyć, i ta samodzielna nauka faktycznie przynosi upragnione efekty. Więc i Wam się uda.

Tak zaczęłabym naukę ja.  Ale czy jest jakiś uniwersalny, najlepszy sposób na to, jak zacząć naukę języka samodzielnie? Nie wiem. Dobre pytanie, na które sama chciałabym poznać odpowiedź.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Pobyt za granicą a nauka języka, czyli czy wyjazd zagraniczny jest naprawdę konieczny

Wszędzie się słyszy, że najlepiej się uczy języka podczas pobytu za granicą. Niektórzy twierdzą wręcz, że to jedyny skuteczny sposób nauki, że tylko w ten sposób da się opanować żywy język, jego wymowę, faktycznie używane słownictwo i składnię. Ale czy tak jest naprawdę?

Otóż nie. To prawda, przebywając w określonym kraju będziemy zmuszeni używać na bieżąco pewnych obiegowych zwrotów i wyrażeń, szybko dowiemy się, jak się nazywa w obcym języku cebula, dentysta czy pompownia rowerowa. Jednak swobodne pójście do sklepu i odróżnienie drożdzy od masła czy zrozumienie lektora w pociągu, mówiącego "Sehr geehrte Damen und Herren, wir erreichen jetzt Salzburg Hbf" (Szanowni Panie i Panowie, dojeżdżamy właśnie do dworca głównego w Salzburgu), to powód do dumy tylko w początkowych miesiącach nauki. Osoby, które traktują sam pobyt w danym kraju za wystarczający do nauczenia się języka, nigdy poza to pierwsze stadium nie wyjdą.

Czytałam ostatnio forum na temat trudności nauczenia się języka francuskiego. Znalazły się tam jednostki, które stwierdzały, że wymowy nie da się samemu nauczyć, że większość nauczycieli tego języka źle wymawia słowa, i w ogóle tylko naprawdę długi pobyt we Francji jest w stanie kogoś czegoś nauczyć. Całkowita nieprawda! Po przerobieniu pewnego (porządnego) Hoerkursu (kursu opierającego się głównie na słuchaniu) na poziomie A1-B1, ja, która zawsze mam problemy z wymową słów w innych językach, zostałam zapytana przez jedną Francuzkę, jak długo mieszkałam we Francji, że taką mam wymowę! Nigdy nie mieszkałam, i swoją wymowę szybko utraciłam, nie słuchając później niczego po francusku, ale widać można!

Pamiętam, jak kiedyś pewna bliska mi osoba przyjechała do mnie do Salzburga w odwiedziny. Była pierwszy raz  w kraju niemieckojęzycznym, pierwszy raz za granicą w ogóle. Ale gdy usłyszałam ją mówiącą po niemiecku, to - mówiąc całkowicie szczerze - nie byłam w stanie odróżnić jej wymowy od wymowy rodowitego Niemca. Nie tylko wymowy zresztą, a całego potoku wypowiedzi, płynnej, idiomatycznej i poprawnej. Można? Można!

Na wymianie spotkałam też wiele osób, które pomimo długiego już pobytu w Austrii (nawet ponad trzy lata!), nie potrafią mówić po niemiecku. Nie tylko płynnie, ale choćby jakkolwiek. Pewien świetnie gotujący Irańczyk, robiący zresztą doktorat (po angielsku), wiedział wprawdzie, jak jest koper włoski po niemiecku, ale jego opinię o wyznawcach różnych religii poznałam tylko dzięki jego znajomości angielskiego.

Na wycieczce do Monachium spotkałam kilku sympatycznych Polaków, pracujących od kilku lat w Anglii. Ich język polski stale urozmaicany był angielskimi słówkami, ale ich angielski był na bardzo niskim poziomie (pytali o coś w informacji turystycznej, nietrudno było zauważyć).

Dlaczego?

Dlatego, że do nauczenia się języka pobyt w danym kraju nie wystarczy. Dlatego, że nauczymy się języka tylko wtedy, kiedy faktycznie się do tego przyłożymy, kiedy mamy motywację, kiedy tego naprawdę chcemy. I pobyt w danym kraju może nam tylko pomóc, ułatwić, ale sam z siebie nie zastąpi porządnej nauki, posiedzenia nad książkami, ćwiczeniami gramatycznymi czy wielokrotnym przesłuchiwaniem tych samych słuchanek.

Jeśli, nie znając języka, wyjeżdżamy do obcego kraju, przez początkowe miesiące będziemy czuli, że nauczyliśmy się faktycznie dużo. Nauczymy się porozumiewać w najprostszych sytuacjach, poznamy pewnie kilka wyrażeń idiomatycznych, z wieloma słowami będziemy mieć ciągłą styczność. Jednak, jeśli sami się nie postaramy, nie przyłożymy, na tym zakończy się formuła naszego wyjazdu. W takim wypadku powstaje jeszcze pytanie, czy tego samego nie moglibyśmy się nauczyć samodzielnie, może nie aż tak przyjemnie (bo bez zwiedzania, i dowiadywania się w trakcie, że zamek to castle, a piekarna - bakery), ale za to o wiele szybciej.

Można wyjechać też z zamiarem nauki. Podejrzewam, że przy żadnej albo słabej znajomości języka nie zyskamy wiele więcej na pobycie zagranicznym niż gdybyśmy zyskali, uczęszczając w tym czasie w kraju na jakiś intensywny kurs tudzież urządzając sobie taki kurs samodzielnie.

Co innego, kiedy znamy język już dość dobrze. Wtedy za granicą zauważamy różnicę pomiędzy tym, czego nauczyły nas ćwiczenia gramatyczne, a tym, co i jak mówią autochtoni. Często nagle się okazuje, że to, co nam wtłaczano w szkole, jest niekoniecznie prawdziwe (ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Irlandii, gdzie kilka razy sobie przypominałam, jak na testach z angielskiego obcinano mi kiedyś punkty za złe użycie przyimków - złe! szkoda, że Irlandczycy o tym nie wiedzieli!), a wszelkie bardziej skomplikowane konstrukcje wchodzą nam o wiele łatwiej do głowy. Podobnie zresztą byłoby, gdybyśmy słuchali obcojęzycznego radia, oglądali takowe seriale i czytali takową literaturę, rozmawiali przez skype'a z obcokrajowcami, czy słuchali muzyki. Bo i tak można!

Nie chciałabym zostać jednak źle zrozumiana - nie neguję wartości wyjazdów zagranicznych - ba, jestem żywym dowodem, że warto! Że każdy powinien! Że trzeba, dla nauki języków, dla poznania świata, dla poznania ludzi, dla osobistego rozwoju, dla siebie! Chciałabym jednak powiedzieć, że nie jest to konieczne. Że nikt nie powinien dać sobie wmówić, że to jedyny skuteczny sposób nauki. Bo to nieprawda. Jest to sposób bardzo przydatny, ale niejedyny. Wy, wszyscy językowcy, o tym wiecie (a może się nie zgadzacie?), ale ostatnio zagląda tu coraz więcej osób prosto z google'a, i to dla nich o tym piszę. By wiedzieli, że można. Bo można.

środa, 3 sierpnia 2011

Chcesz zacząć mówić w obcym języku? Czytaj na głos i mów do siebie!

Gdy chodziłam do szkoły, czytałam mnóstwo książek. Tak to lubiłam, że co jakiś czas wygrywałam konkursy bibliotek szkolnych i okołodomowych na największą liczbę przeczytanych książek, jak i na najciekawsze recenzje. Odbiło się to ładnie na mojej wyobraźni, ocenach z wypracowań na wszelakie tematy, i pewnie też przyczyniło się do pogorszania mojego wzroku. Nie to jest jednak najważniejsze.

Kiedy czytałam książki, nie miałam najmniejszych problemów z wysławianiem się. Niestety, jestem jakimś dziwnym przypadkiem, który, jeśli przynajmniej przez tydzień nie przeczyta niczego dłuższego (mam tu na myśli dłuższe artykuły czy książki), zatraca całkowicie zdolność składnego i logicznego wypowiadania się.

Kiedy na studiach zaczęłam działać w różnych organizacjach, a w me życie nieco zbyt mocno wkradł się Internet, często nie miałam wystarczająco dużo czasu na gruntowne przygotowanie się do różnorodnych wypowiedzi ustnych, a w dodatku często trudno było mi opisać swoje uczucia czy opowiedzieć o swych przeżyciach nawet bliskim mi osobom.

Przez jakiś czas miałam zatem poważne problemy  z wypowiadaniem się nawet w języku ojczystym, w języku polskim! Nie podejrzewam, żeby ktokolwiek przeżył kiedyś podobną, kompletnie absurdalną przecież sytuację, ale uważam, że wnioski z mojej mogą nieco pomóc w nauce języków obcych także innym.

Aby poprawić swój sposób wypowiadania się, na nowo zaczęłam czytać książki. Zauważyłam wówczas, że o wiele szybciej zaczynam poprawnie mówić, kiedy najpierw przeczytam coś na głos. Tak jak wiele osób przed odpowiedziami ustnymi uczy się często pełnych zdań na pamięć, opowiada wydarzenia historyczne do siebie lub do lustra, tak ja zaczęłam czytać na głos – i przyniosło to niezwykle szybkie efekty.

Pamiętam też sytuację z Uniwersytetu w Salzburgu, kiedy przeczytałam swój piętnastominutowy referat o współpracy UE z ONZ-em. Pan profesor nie zgadzał się z moją oceną tej współpracy, przez co wywiązała się między nami krótka dyskusja. Mój niemiecki nie był już wówczas najgorszy, ale, jak wszyscy wiecie, co innego rozmawiać ze znajomymi o sytuacjach z życia codziennego, a co innego prowadzić dyskurs z wykładowcą o wdrażaniu milenijnych celów rozwoju. Dałam jednak wówczas radę, i jestem święcie przekonana, że stało się tak tylko dlatego, że najpierw przez jakiś czas czytałam swój referat, oswajając się tego dnia ze strukturą tego języka i jego brzmieniem w moich ustach, a dopiero później tworzyłam własne zdania.

Zalety czytania na głos doceni każdy, kto lubi się uczyć, mówiąc. Angażujemy wówczas nie tylko zmysł wzroku, ale i słuchu, a dodatkowo poruszając się, uda nam się skondensować trzy najbardziej znane rodzaje sposobów uczenia się: oralny, słuchowi i kinestetyczny.

Taki eksperyment przeprowadzałam wiele razy, zawsze z pozytywnym skutkiem. Ostatnio, przed rozpoczęciem pracy, w której muszę na bieżąco używać niemieckiego, czytałam sobie na przemian cicho i głośno „Die Liebe in den Zeiten der Cholera” („Miłość w czasach zarazy”). I wiecie co? Nieważne, że moja praca nie ma nic wspólnego z opowiadaniem o miłości, pragnieniu zaimponowania ukochanej czy z tresowaniem papug, ale takie zanurzenie się w języku pomogło mi bezstresowo rozmawiać z Austriakami. Pomimo tym razem aż półrocznej przerwy w mówieniu po niemiecku (ale nie w nauce!), język mój jest ciągle płynny i poprawny. A to dlatego, że nie boję się, bo słyszę, jak czytam, bo wiem, jak mówię, bo stwierdzam, że potrafię. Że mogę. A skoro mogę, to świat używania języków obcych stoi przede mną otworem.   

niedziela, 10 lipca 2011

Strony internetowe do nauki języków cz. I

Jakiś czas temu zostałam poproszona o podzielenie się adresami przydatnych stron do nauki języków. Każdy z nas zna ich dość sporo, i pewnie jak ja ma całą ich kolekcję, więc gdybym czegoś ważnego nie ujęła, proszę o uzupełnienie w komentarzu:).

Moim zdaniem najbardziej przydatną stroną jest http://uz-translations.net/. Zawiera ona olbrzymią liczbę książek, podręczników, programów i materiałów do słuchania, które można ściągnąć i obejrzeć przed zakupem.

Warto zajrzeć również na stronę: http://ksi.uw.edu.pl/materialy/linki.html, gdzie znajdziemy pełen zestaw linków na temat władzy, społeczeństwa, kultury i prasy Rosji, Ukrainy i Białorusi.

Resztę wybranych linków przekopiuję prosto z moich "bookmarksów":), warto przejrzeć je wszystkie, aby znaleźć coś dla siebie:


Angielski

http://www.ang.pl/
http://www.englishtips.org/ 
http://www.isel.edu.pl/blog/index.php
http://www.britishcouncil.org/poland
http://www.flo-joe.co.uk/cae/students/tests/
http://www.englishspeaker.com/
http://www.parapal-online.co.uk/
http://www.examenglish.com/
http://www.esl-lounge.com/
http://www.nytimes.com/
http://www.bbc.com/ 


Francuski

http://www.francuski.ang.pl/
http://www.u-picardie.fr/CRL/minimes/francais.htm
http://www.ortholud.com/
http://phonetique.free.fr/alpha.htm
http://www.peinturefle.ovh.org/
http://www.europe1.fr/
http://www.bbc.co.uk/languages/french/
http://www.chantefrance.com/
http://www.rfi.fr/
http://www.polarfle.com/index.html
http://www.lsfrench.com/beginners2.html
http://www.leconjugueur.com/
http://www.rfi.fr/lffr/statiques/accueil_apprendre.asp
http://www.bonjourdefrance.com/index/indexapp.htm
http://www.lehman.cuny.edu/ile.en.ile/


Hiszpański

http://www.studyspanish.com/freesite.htm 
http://jezykhiszpanski.w.interia.pl/
http://www.hiszpanski.ang.pl/
http://www.terra.es/
http://faculty.marianopolis.edu/spanish/SpanishII/index.html
http://www.ept.pl/
http://www.escolar.com/
http://www.hispavista.com/
http://www.uiowa.edu/~acadtech/phonetics/#


Słowniki:

http://www.translate.pl/odp.php4?direction=&word=diver
http://www.thefreedictionary.com/
http://www.pons.eu/
http://ling.pl/
http://portalwiedzy.onet.pl/tlumacz.html
http://slowniki.tejo.pl/index.php?a=list&d=6&t=dict&w1=A&w2=AN

http://www.ixl.ru/ 
http://www.le-dictionnaire.com/
http://www.slovnyk.org/cgi-bin/dic.cgi?if=pl-PL
http://www.linternaute.com/dictionnaire/fr/
http://pl.wiktionary.org/wiki/Wikisłownik:Strona_główna
http://www.june29.com/IDP/IDPsearch.html
http://www.ectaco.co.uk/English-German-Dictionary/
http://www.lingvosoft.com/English-German-Dictionary/

Ciąg dalszy nastąpi* :)

* w zakresie kilku innych języków oraz portali do nauki wielu języków.

sobota, 25 czerwca 2011

Ile potrzeba czasu, aby nauczyć się języka?

Temat zarówno nośny, jak i kontrowersyjny. We wszelkich rozsądnych artykułach przeczytamy, że potrzeba do tego wielu lat ciężkiej pracy, ponieważ osiągnięcie takiej znajomości, jaką ma rodzimy użytkownik języka jest niemal niemożliwe. Ponadto dużo zależy od naszych chęci, motywacji, zdolności, dostępności materiałów oraz przynależności naszego wybranego języka do określonej, mniej lub bardziej nam bliskiej, rodziny językowej.

Oczywiście wszystko to jest prawdą, jednak sama, motywując się do nauki, potrzebuję konkretnych liczb i konkretnych danych. Potrzebuję wiedzieć, jak szybko mogę się danego języka nauczyć, aby dojść do poziomu komunikatywnego, aby móc rozumieć filmy lub aby móc czytać książki. I nieważne, czy usłyszę, że wystarczą mi trzy miesiące, 450 godzin lub pięć i pół roku, lubię te liczby. Im bardziej szczegółowe i dokładne, tym bardziej w nie wierzę i tym bardziej mnie motywują, mimo że są mniej racjonalne niż te ogólne.

Wiem też na przykład, że Natalie osiągnęła bardzo dobry poziom B2 w języku polskim w nieco ponad miesiąc, że moja koleżanka po dwóch semestrach w Norwegii doszła do poziomu C1 w norweskim, i że Ev po trzech latach samodzielnej nauki hiszpańskiego (i to jedynie z książek!) dostała się na iberystykę. Na stronie Instytutu Goethego przeczytam, że ZOP-a (egzamin na poziomie C2) mam szansę zdać po około 1200 godzinach intensywnej nauki (http://www.ceig.pl/egzaminy.html), a w ofercie wakacyjnej lektoratów Uniwersytet Warszawski zapewnia przejście w dowolnym języku na wyższy poziom po 60 lub 120 godzinach lekcyjnych (w zależności od poziomu; najwyższy poziom, do którego można dojść w ramach tych akurat lektoratów to B2: http://rejestracja.usos.uw.edu.pl/catalogue.php?rg=3620-2010L-LEK-KLET&group=3620-L-SZLET).

I tak, wyliczam sobie, że gdybym się postarała i poświęciła po pół dnia przez cztery miesiące na naukę portugalskiego, to po tym czasie będę go znała na poziomie B2. Oczywiście, dużo zależy tu od jakości nauki i doboru materiałów, ale przecież czytam fora, wypracowałam sobie już ulubione i skuteczne metody nauki, więc na pewno dałabym radę!

No ale przecież nie poświęcę kilku godzin dziennie na naukę portugalskiego. Nie, żebym nie chciała, ale po prostu nie mogę. No i jednocześnie chciałabym się pouczyć innych języków, i nauczyć się wreszcie szyć ubrania, i przeczytać tysiące książek, i biegać codziennie, i nauczyć się szybko pisać na klawiaturze, i... a przecież i pracować trzeba, i ciężko być na dłuższą metę zwierzęciem aspołecznym. A i jeszcze pasja Ev zachęciła mnie do hobbystycznego malowania chińskich znaczków, więc przydałoby się popracować, by przestały być tak strasznie koślawe! :)

Więc ile właściwie czasu potrzeba, by nauczyć się tego portugalskiego? Nie wiem. Ale z moich wyliczeń wynika, że gdybym się postarała, to przy nieco zmodyfikowanym trybie życia, ale też niezaniedbywaniu obowiązków i niezaprzestaniu spędzania czasu na czytaniu książek po niemiecku i angielsku (a trochę mi to ostatnio zajmuje), jestem w stanie dojść do poziomu B1 przez najbliższe pół roku. W trakcie tworzenia swojego dokładnego planu nauki założę, że dam radę osiągnąć B2. Dojdę prawdopodobnie do A2, bo okaże się, że mam mniej czasu, a czasem i mniej chęci, niż przypuszczałam, ale co z tego?

Kiedy zakładam, że uda mi się 20 rzeczy, udaje mi się 15, a kiedy zakładam 15, wychodzi mi 10. Im więcej zaplanuję, tym więcej faktycznie zrobię. Nie mam wyrzutów sumienia, bo z góry wiem, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego. Bo wiem, że mój faktyczny plan dzieli się na dwa plany: plan maksimum – codziennie czytać dziesięć książek, pisać siedem wypracowań i przez trzy godziny mówić do siebie w różnych językach, oraz plan minimum – zrobić cokolwiek (ponad to, czego faktycznie potrzebuję). I gdy rezultat uplasuje się  gdzieś w połowie zamierzonych planów, wiem, że i tak mam być z czego dumna, i skąd czerpać zapał do dalszej nauki. Bo mogłam wierzyć, tak jak każą nam niektóre szkoły językowe, że aby osiągnąć poziom A1, trzeba pracować okrągły rok, a tu mam A2 w połowę tego czasu.

Choć kiedyś szczerze wierzyłam, że nie ma nic niemożliwego, że wszystko da się zrobić, to w końcu, po obserwacji niektórych innych, zrozumiałam: there is a limit. Our sky is this limit.

A tu coś dla tych, którzy faktycznie uczą się lub będą się uczyć portugalskiego:
[znalezione niegdyś na www.ang.pl]

www.livrarialeitura.pt Księgarnia internetowa
www.instituto-camoes.pt Instituto Camoes
http://www.instituto-camoes.pt/cvc/aprender.html Centro Virtual Camoes - Strona o języku portugalskim (gry, gramatyka itp.)
www.dn.pt Diário de Notícias - gazeta portugalska 
www.dnoticias.pt Diário de Notícias de Madeira
www.solnet.com Gazeta portugalska wydawana w Kanadzie 
www.bbc.co.uk/portuguese Strona BBC po portugalsku 
www.radios.com.br Brazylijskie stacje radiowe 
http://alfarrabio.um.geira.pt Różne różności łącznie z lekcjami portugalskiego 
www.rtp.pt Strona telewizji i radia portugalskiego 
www.portoeditora.pt Strona wydawnictwa Porto Editorawww.ul.pt Uniwersytet w Lizbonie 
www.hrw.org/portuguese Human Rights po portugalsku 
www.oceanario.pt Oceanarium w Lizbonie
www.internacional.com.br Strona najlepszej w Brazylii drużyny futbolowej (z Porto Alegre)
www.correiodopovo.com.br Dziennik z Porto Alegre (Brazylia)
www.terra.com.br Portal brazylijski
www.clicrbs.com.br Portal z Porto Alegre
www.globo.com Portal brazylijski

czwartek, 9 czerwca 2011

Jak tanio wyjechać za granicę, czyli wolontariat w wakacje

Dla wielu osób zbliżają się właśnie wakacje - czas, jaki wielu z nas chciałoby przeznaczyć nie tylko na wypoczynek, ale i na naukę naszych języków. Nie wszystkich stać na kursy językowe za granicą (a wielu także nie popiera takiej formy nauki), za to na pewno każdy chciałby wykorzystać swoje zdolności językowe w praktyce, poćwiczyć język (niekoniecznie przez Internet), zwiedzić jakiś obcy kraj, a także poznać ludzi z całego świata. Stąd też napiszę dzisiaj o kilku takich możliwościach, a nuż komuś się przyda.

1. EVS (Wolontariat Europejski) - polega na wyjechaniu do wybranego kraju (głównie do państw europejskich, ale widziałam również ogłoszenia na wyjazd do Chin, paru afrykańskich krajów czy Ameryki Łacińskiej) na okres od miesiąca do 12 miesięcy, i w zamian za pracę jako wolontariusz otrzymuje się jedzenie, miejsce do spania, kieszonkowe, a nawet bilety do i z miejsca odbywania wolontariatu. Wolontariusze pracują w różny sposób - uczą dzieci angielskiego, sprzątają, pomagają niepełnosprawnym. W grupie wolontariuszy znajdują się osoby z całego świata, a przy pobytach dłuższych niż trzy miesiące często można uczęszczać na darmowy kurs języka (wliczany w godziny pracy). Przed wyjazdem przechodzi się krótkie przeszkolenie z możliwych szoków kulturowych czy innych problemów, jakie można napotkać w obcym kraju.

Sama brałam udział w dwumiesięcznym EVS-ie w Danii i widzę w nim tylko jedną wadę: na taki wolontariat można pojechać tylko raz w życiu. Kiedy ja wyjeżdżałam, mówiono nam, że można dwa razy: najpierw na krótkoterminowy (na którym byłam ja), a potem na długoterminowy. Niestety, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to się zmieniło - nie wiem tego jednak na 100%.

Więcej informacji o programie można znaleźć na stronie: http://www.mlodziez.org.pl/ .


2. Workcamp - to z kolei wolontariat, z którego można skorzystać w dwojaki sposób - można być liderem workcampu albo można być jego uczestnikiem. Uczestnicy pokrywają koszty dojazdu i wyjazdu z miejsca wolontariatu, oraz wszelkie własne zakupy, a otrzymują nocleg i wyżywienie. Pracują nie więcej niż 5h dziennie przez 5 dni w tygodniu, resztę wolnego czasu spędzają zaś tak, jak tylko zechcą. Workcampy trwają z reguły ok. 14 dni. Workcamp można znaleźć w dowolnym zakątku ziemi, przed wyjazdem trzeba jednak zapłacić instytucji zajmującej się pośrednictwem jakąś kwotę pieniędzy (zdaje się, że niewielką).

Liderzy z kolei pracują często w swoim własnym kraju i to oni są odpowiedzialni za sprawny przebieg wolontariatu - jako pierwsi rzucają się do pracy, stale motywują innych, nadzorują przebieg przygotowywania jedzenia, noclegi, organizują rozrywki kulturalno-integrujące. Praca bardzo wyczerpująca (wiem z własnego doświadczenia), jednak właśnie w ten sposób pracując ma się najlepszy kontakt ze wszystkimi uczestnikami. Liderzy nic nie płacą, zwracane są im także koszty przyjazdu na i z miejsca odbywania wolontariatu. Przed wyjazdem muszą przejść krótkie szkolenie.

Więcej na temat workcampów można przeczytać m.in. tu: http://workcamps.pl/new/ .

3. W uczelnianych biurach współpracy z zagranicą często obok możliwości stypendialnych można znaleźć ogłoszenia odnośnie do miesięcznych wyjazdów na kursy językowe. Osoba, która przebrnie rekrutację, może liczyć na darmowy kurs (lub za połowę ceny), często też pokrywa się jej część kosztów zamieszkania.

4. Wyjazd na wolontariat lub praktyki z AIESEC - organizacja ta oferuje wyjazdy do większości zakątków świata, i w zależności od wybranej formy i długości pobytu oferuje darmowe mieszkanie, zwrot kosztów podróży, a nawet miesięczną pensję. Aby się dowiedzieć więcej na ten temat, można zajrzeć na stronę AIESEC-u: http://www.aiesec.org/poland/, albo lepiej: przeczytać relację osoby, która z takiej możliwości już skorzystała, wyjeżdżając na kilka miesięcy do Chin: http://bartolomeos5.blox.pl/html.

5. Wyjazd jako au pair - można jechać w różne miejsca, na różną długość czasu, i w różny sposób. Sama niewiele o tym wiem, ale znam osobę, która w ten sposób wyjechała do Francji na część wakacji i była bardzo zadowolona. Dużo agencji pośrednictwa można znaleźć wpisując hasło "au pair" w wyszukiwarkę. Także Ksy wskazuje dwa ciekawe blogi, które warto odwiedzić, by się przekonać, jak właściwie takie pobyty wyglądają: http://mojaprzygoda.blogspot.com/ oraz http://bliskodosanfrancisco.blogspot.com/. Zanim zaczniecie je czytać, pamiętajcie również o jej ostrzeżeniu: "odnośnie tego 1 bloga, jak [zaczniecie] go czytać 2h wyjęte z życia, ale warto, bo można naprawdę się uśmiać". A ja się z tym całkowicie zgadzam:).

Istnieją jeszcze inne tanie możliwości wyjazdów za granicę, opiszę je jednak innym razem - trwają one bowiem dłużej niż wakacje:).

A dlaczego warto skorzystać z moich propozycji?

Dzięki nim można wyjechać tanio (a w przypadku EVS-u całkowicie za darmo!) za granicę. W czasie takiego wyjazdu można poznać kraj w którym się mieszka, poduczyć tamtejszego języka, poznać ludzi z całego świata. Nawiązuje się znajomości, poznaje inne języki, inne zwyczaje, inną kulturę, inną kuchnię, inne podejście do ludzi, inny sposób rozwiązywania problemów.

Jeśli ktoś zastanawia się nad nauką nowego języka, zadaje sobie pytania: "jakiego języka warto się uczyć? jaki język jest najłtwiejszy? jakiego języka nauczę się najszybciej?", to w trakcie takiego wyjazdu szybko znajdzie odpowiedź - posłucha melodyjności włoskiej mowy, poogląda koreańskie znaczki, spróbuje tajwańskiej kuchni i zauważy podobieństwa językowe z czeskim lub słowackim.

Takie wyjazdy, nawet te najkrótsze, dostarczają milionów doświadczeń. Widzimy, że używanie języka jest faktycznie przydatne, nasza motywacja do nauki rośnie. Przyjemnie spędzając czas, chłoniemy najciekawszą, nie tylko książkową, ale i praktyczną wiedzę - później bez problemu będziemy potrafili odpowiedzieć na potencjalnej rozmowie kwalifikacyjnej, czego nauczyliśmy się obcując w wielokulturowym środowisku. Ba, takie pytanie zadadzą nam tylko dlatego, że w tym środowisku faktycznie jakiś czas egzystowaliśmy, a my będziemy w stanie opowiedzieć tysiące pojedynczych historii, które zmieniły nasze postrzeganie innych kultur, lub które potwierdziły nasze stereotypy. Będziemy wiedzieć to z praktyki, a nie tylko z teorii.

A przez to wszystko łatwiej będzie nam dostać taką pracę, jaka nam się spodoba - bo przecież nam, miłośnikom języków, ciężko sobie wyobrazić, że z naszym językiem będziemy mieli kontakt tylko w czasie wolnym, albo też w czasie specjalnie na to wygospodarowanym - czytając podczas jazdy w metrze czy słuchając podczas gotowania.

I na koniec: pracując w charakterze wolontariusza, zrobimy coś dobrego dla innych. Nikt nam nie zabierze tej satysfakcji.

sobota, 4 czerwca 2011

O języku austriackim słów kilka

Kilka dni temu postanowiłam poświecić jedną notkę austriackiej wersji języka niemieckiego. Zobaczyłam jednak, że w Internecie można znaleźć dość sporo artykułów i wypowiedzi na ten temat, ograniczę się więc tylko do kilku, moim zdaniem ciekawych faktów.

Austriacki od literackiego niemieckiego różni się na wiele sposobów - różnice można znaleźć na poziomie słownictwa, gramatyki, pisowni i wymowy (to ostatnie bajbardziej "rzuca się w uszy"). Nie powinniśmy się też zdziwić, kiedy na powitanie w urzędzie usłyszymy słowa "Grüß Gott!"* zamiast na przykład "Guten Morgen", czy "Servus" od osób w każdym wieku (tez tych starszych!) spotykanych w górach. W sklepie kupimy nie "Kartoffeln" (ziemniaki), a "Erdäpfel" (jabłka ziemi), a w domu ubrania często włożymy nie do Schrank (szafa), a do Kasten (skrzynka).

*"Grüß Gott" to w dosłownym (moim) tłumaczeniu "pozdrawiaj Boga", ale tam oznacza jedynie "dzień dobry".

Język austriacki dzieli się na wiele dialektów - często się mówi, że co dolina, to inny dialekt. Może nie do końca jest to prawdą, ale na pewno nierzadko spotyka się ludzi, którzy - mówiąc innymi dialektami - muszą albo przestawić się na Hochdeutch (literacki niemiecki), albo też powtórzyć, co powiedzieli wcześniej. Jako że kulturalnie Austria jest zbliżona do Bawarii, jej język potoczny jest dość podobny w wymowie do bawarskiego (tzn. "a" zwykle wymawia się jak "o", często też rezygnuje się z wymawiana "ch", a jeśli już je się wymawia, to jak "k"). Warto zajrzeć na tę stronę: http://pl.languages.wikia.com/wiki/Dialekt_bawarski , aby móc sobie porównać wymowę austriackiego i bawarskiego.

Kulturowa bliskość do Bawarii odzwierciedlona jest też w jednym, bardzo nieładnym słowie: "Piefke". Niektórzy Austriacy (ale tylko niektórzy!) uważają siebie i Bawarczyków za lepszych od Niemców, których nazywają tym właśnie pogardliwym słowem. Aby więcej dowiedzieć się o uzyciu tego słowa, można przeczytać artykuł na niemieckiej Wikipedii: http://de.wikipedia.org/wiki/Piefke). Zgodnie z nią, w Hochdeutschu "Piefke" oznacza zwykle jedynie ważniaka lub chwalipiętę.

Sam austriacki wydawał mi się w wymowie pośredni pomiędzy językiem niemieckim a językami słowiańskimi. Ale niestety - ciągle niełatwy do wymówienia.


Jeśli ktoś miał już doczynienia z austriackim, niech się sprawdzi w poniższym quizie i pochwali wynikiem:) :

http://www.wissen.de/wde/generator/wissen/ressorts/reisen/europa/index,page=3556558.html .


A tu jeszcze adres do słownika austriacko-niemieckiego:

http://www.ostarrichi.org/woerterbuch.html .

piątek, 27 maja 2011

Czemu służy dłuższa przerwa w nauce, czyli jak zaczęłam mówić po niemiecku

Niemieckiego zaczęłam się uczyć w liceum. Od początku sprawiało mi to przyjemność, jednak owa przyjemność nauki nie przeszkodziła mi w zrobieniu sobie dwuletniej przerwy od nauki i powrócenia do tego języka dopiero na trzecim roku studiów. Pamiętałam wtedy niewiele, ale ambitnie zaczęłam chodzić do grupy na poziomie B1+, podczas gdy nawet mój licealny poziom nie wykroczył pewnie poza A2+. Nie było łatwo, ale uczyłam się i starałam wystarczająco dużo, by zajęcia zaliczyć, a drugi semestr zaliczyć nawet bardzo dobrze.

Jako że zawsze lubiłam rzucać się na głęboką wodę, postanowiłam na czwartym roku studiów pojechać do Salzburga (Austria) w ramach programu Erasmus. Naiwnie uważałam, że sam mój wyjazd wystarczy, abym już (tak szacowałam) po miesiącu, dwóch, zaczęła płynnie mówić. A po roku to w ogóle będę jak Muttersprachler. Bo przecież najlepszym sposobem na naukę jest wyjazd za granicę, prawda?

I tu się zdziwiłam. Nawet będąc za granicą, żeby nauczyć się płynnie mówić w obcym języku, którego podstawy się zna, trzeba się tego języka uczyć. W dodatku, nawet gdy się go uczy, nie robi się takich postępów, jak się z początku zakładało. Wprawdzie wszędzie dookoła widzi się napisy w języku niemieckim, i - przynajmniej w Salzburgu - większość osób wolało mówić po niemiecku, to jednak... nauka języka wcale nie przychodzi łatwiej, a jedynie w bardziej stresujących warunkach.

Na początku myślałam, że jestem jakimś językowym beztalenciem. Niemiecki w Austrii przychodził mi opornie, dużo się jąkałam, ciężko mi było sklecić jakieś rozsądniejsze zdania niż tylko te dotyczące zakupów na obiad. Większości Austriaków w ogóle nie rozumiałam, a co gorsza - oni często nie rozumieli mnie. Pamiętam, jak jedna dziewczyna nie zrozumiała mojego zdania "Salzburg to piękne miasto", tylko dlatego, że "ö" wymawiałam jak "y", bo tak mnie kiedyś uczono. W dodatku wybrałam sobie trudne przedmioty (znów ta zła ambicja), na które musiałam przygotowywać prace, referaty i się zgłaszać. Ogólnie rzecz biorąc - byłam załamana.

Powoli jednak, po rozmowach z innymi, zrozumiałam, że czują się podobnie. Że też zakładali większe postępy, a tu - uczą się niewiele szybciej niż w Polsce. Nie tak miało być. [Ostatnio dostałam równiez e-maila od koleżanki, która po roku w Norwegii zdała egzamin z norweskiego na C1, a teraz - po pół roku w Niemczech - niewiele rozwinęła się językowo.] Bo chociaż po teście poziomującym dostałam się do najwyższej grupy (C1), to wstydziłam się do tego przyznawać innym - składałam zdania tak, jakbym z niemieckim miała do czynienia po raz pierwszy.

I wtedy pojechałam na święta do domu. Przez bite trzy tygodnie nie dotykałam się niemieckiego. Wróciłam do Salzburga i... zaczęłam rozumieć nie tylko władających czystym niemieckim wykładowców, ale i wyraźniej mówiących Austriaków-studentów. Stało się to tak nagle, że sama się zdziwiłam. Ba, zrozumiałam, że ci z różnych terenów często nie od razu rozumieli siebie nawzajem! - ale odkryć mogłam to dopiero wtedy, gdy już zaczęłam coś z ich rozmów rozumieć.

Na Uniwersytecie w Salzburgu cały luty był wolny. Pojechałam więc do domu, zaliczałam polskie egzaminy, i ani mi się śniło zajmować niemieckim. Po powrocie nastąpił przełom. Moja wiedza musiała się jakoś uleżeć w trakcie zajmowania się innymi sprawami, bo... Tak, zaczęłam mówić po niemiecku. Nie jak Austriak czy Niemiec, ale jak obcokrajowiec o niezgorszym zasobie słownictwa. Zaczęłam słyszeć, że bardzo dobrze mówię po niemiecku, i wreszcie mogłam się właściwie wysłowić.  Nie zawsze - bo na niektóre tematy zdecydowanie brakowało mi słownictwa, ale też bo każdy osobisty problem czy złe samopoczucie pogarszały moją sprawność językową. Niemniej mówiłam, i byłam rozumiana. Kiedy po trzech miesiącach wakacji (znów bez niemieckiego, bo zachciało mi się uczyć francuskiego i włoskiego dla odmiany) wróciłam do Austrii na trzymiesięczną praktykę (tym razem do Wiednia), nie miałam już problemów komunikacyjnych, mój poziom znajomości niemieckiego też stał się dość wysoki.

Jak jednak napisałam, uważam, że to dłuższe przerwy w nauce pomogły mi ugruntować swoją wiedzę. Tak czy inaczej pewnie w końcu zaczęłabym mówić po niemiecku, ale wydaje mi się, że taki odpoczynek od języka bardzo mi pomógł. Dlaczego tak myślę?

1. Gdy uczymy się w szkole, nie wstawiają nam pięciu polskich/matematyk/itp. pod rząd, a mieszają je z innymi  przedmiotami. Żeby mózg mógł lepiej i wydajniej pracować, potrzebuje on zróżnicowania, także w tym, czego się uczy. Nadmiar języka powinien być zrekompensowany jakąś przerwą, żebyśmy mogli odpocząc, przyswoić to, czego się nauczyliśmy, ale też lepiej ocenić swoje postępy z perspektywy czasu.
2.  Jak ma się dużo do czynienia  z językiem, i nie wiedzieć czemu, nie da się go przyswoić, to wówczas traci się zapał do nauki. Bo po co się uczyć, skoro postępy i tak są niezauważalne? Wtedy pomaga przerwa. Powinna trochę potrwać, ale nie powinna też być zbyt długa (bo wtedy jednak zapomni się większość tego, co się umiało, i jeszcze łatwiej dojdzie do kryzysu - "uczyłam się X lat, a teraz nic nie pamiętam! nie warto było!") - moim zdaniem, do 2-3 miesięcy (optymalnie: miesiąc), a po niej koniecznie trzeba wrócić do takiego rytmu nauki, jaki się miało wcześniej. Po przerwie, jeśli zacznie się na nowo myśleć o korzyściach z nauki wybranego języka, zapał powróci ze zdwojoną siłą, a my dostrzeżemy swoje postępy. A być może nastąpi taki nagły przełom, jakiego i ja doświadczyłam. Czego Wam wszystkim życzę:)

środa, 18 maja 2011

Od FCE do CAE w miesiąc, czyli moja przygoda z angielskim

Angielskiego nigdy nie lubiłam. Zmuszano mnie do nauki tego języka, bo przecież przyszłościowy i każdy go powinien znać. Ja jednak zapierałam się rękami i nogami, i za nic nie chciałam się go uczyć, rozwieszając w pokoju jedynie plakaty z wymyślanymi przez siebie hasłami typu "Koniec z angielskim - koniec zmartwień!" czy "Precz z angielskim na naszej polskiej ziemi!". W końcu usłyszałam, że jeśli zdam FCE, to nikt już nie będzie mi kazał uczyć się angielskiego. Zdałam, na B. Było to pod koniec pierwszej klasy liceum.

Potem nie chciałam mieć już nic wspólnego z angielskim. Szkolne zajęcia oscylowały wokół poziomu A2 - B1, więc nie przykładając się bez problemu doszłam do matury, którą też zdałam niezgorzej. Na pierwszym roku studiów w ramach lektoratów poszłam na francuski, zarzekając się, że już nigdy nie tknę angielskiego. Wtedy jednak zostałam wolonatriuszką w jednej z fundacji, która promuje wartości europejskie.

Tam poznałam obcokrajowców. Wielu, i mogłam się z nimi porozumieć jedynie po angielsku. W trakcie różnych projektów fundacji znajomość angielskiego okazywała się zresztą niezbędna, wszyscy zaś władali nim lepiej niż ja. Zaczęłam czytać fora internetowe, poznawałam metody szybkiej nauki języków, w końcu trafiłam też na wątki mówiące o tym, ile trzeba spędzić czasu nad językiem, by z FCE przejść do CAE. Odpowiedzi były bardzo różne, niemniej ja, faktycznie wówczas wierząc, że wszystko jest możliwe, stwierdziłam, że nauczę się w pół roku i zdam. Do pomysłu namówiłam koleżankę, i tak, wszystkie zaoszczędzone przez nas na pierwszym roku pieniądze wpakowałyśmy w grudniowy CAE.

Niemniej wcale nie chciało nam się uczyć. Co innego czytać fora, a co innego faktycznie zabrać się za naukę. Zatem dopiero pod koniec października, kiedy zrozumiałam, że moje życiowe oszczędności przepadną przez moje lenistwo, zaczęłam się uczyć angielskiego. Poczułam nagle tak straszną desperację, że zaczęłam chodzić tylko na obowiązkowe zajęcia na uczelni, wykorzystywałam przy tym wszystkie możliwe nieobecności, nie znalazłam też już czasu na fundację. Uczyłam się niemal bez przerwy, późno chodziłam spać, wcześnie wstawałam, przestałam mieć życie osobiste, i wiecznie siedziałam z książką w fotelu w kuchni wynajętego ze znajomymi mieszkania.

Po tym wyczerpującym miesiącu zdawałam CAE, potem zaś przespałam całe święta. Przekonana o swojej głupocie, nie od razu otworzyłam kopertę z wynikiem, nie chcąc zobaczyć na niej D czy E. Kiedy jakiś czas później zobaczyłam C, zamiast cieszyć się, że jakkolwiek marnie, to jednak zdałam, wyciągnęłam kilka wniosków.

W kwestii nauki języków:
-kiedy tak siedziałam i desperacko uczyłam się, zobaczyłam, że... nauka angielskiego jest przyjemna. To nie było coś, do czego ktokolwiek mnie zmuszał, ale coś, co sobie sama narzuciłam. Tak też zaczęłam swoją przygodę z nauką języków dla przyjemności.
- nie można "mierzyć sił na zamiary", nie można przesadzać z ambicją i nie można nakładać na siebie zbyt dużych obowiązków. Naukę w takim tempie odchorowałam później, przez nią zaniedbałam wszystko inne, i w tamtym semestrze stałam się przysłowiowym studentem, który uczy się do egzaminów na dzień przed.
- doskonałe rezultaty daje całkowite skupienie się na tym, co się robi, takie pełne odizolowanie się od świata zewnętrznego. Po jakimś czasie w trakcie nauki istniały dla mnie tylko teksty w języku angielskim, tylko słowa, tylko konstrukcje. Osoba wchodząca do kuchni nie zawsze była przeze mnie zauważana.

- po CAE mogłam dopiero po ponad dwóch miesiącach wrócić do angielskiego. I dopiero wtedy, po takiej przerwie, jaka zwykle jest odradzana w nauce języków, poczułam, że moja znajomość angielskiego jest lepsza niż przed rozpoczęciem nauki. Wartość dłuższej przerwy zauważyłam później jeszcze kilka razy (choć oczywiście nie można przesadzać z jej długością), w szczególności przy nauce niemieckiego, o czym pewnie wkrótce napiszę.

W kwestii samego egzaminu:
- trzeba się przygotowywać do niego pod kątem zadań. Znajomość języka nie wystarczy - mając np. słuchanie, nie wystarczy zrozumieć tekst - trzeba umieć też jednocześnie bardzo szybko przeczytać tekst (a właściwie: wyłowić odpowiednie słowa), który ma się przed sobą. Na niewiele się zda znajomość ładnych struktur, jeśli napisze się wypracowanie w innej formie niż o to proszą. Egzamin ten, oprócz samej znajomości języka, sprawdza umiejętność radzenia sobie z określonym typem zadań.
- jest przydatny. Zapisałam się na niego, by mieć motywację do nauki, jednak później, kiedy mój angielski stał się faktycznie lepszy, wykorzystałam go kilkukrotnie.

niedziela, 15 maja 2011

Społeczność Przyszłych Poliglotów

Już od dłuższego czasu obserwuje blogi pasjonatów języków obcych, które, czytane przeze mnie niemal codziennie, stale motywują mnie i inspirują do nauki. Z wieloma poglądami się zgadzam, z wieloma nie, inne z kolei pozwalają mi wyrobić sobie własne opinie - wszystkie one zaś sprawiają, że coraz bardziej utwierdzam się w swej woli dążenia do opanowania jak największej, przy niezaniedbywaniu jakości, liczby języków.

Zdaję sobie sprawę z tego, że praca przy nauce języków to praca trwająca całe życie. Niemniej, część moich doświadczeń wskazuje, że samo przyswajanie języka może zachodzić niezwykle szybko, a same efekty są niezwykle opłacalne - chyba każdy zna tę radość, kiedy samodzielnie przerobi kolejny rozdział z podręcznika, przeczyta kolejną książkę, porozmawia z obcokrajowcem czy nie będzie potrzebował napisów przy oglądaniu filmu w języku obcym.

Z tych też powodów postanowiłam zasilić blogującą społeczność przyszłych poliglotów, aby się tym jeszcze bardziej zmotywować, ale też aby móc się podzielić swoimi doświadczeniami z nauką języków. Wszystko, co do tej pory czytałam, jest ciekawe i skłania mnie do zastanowienia, do powzięcia kolejnych postanowień - ale czuje również, że ja też mogę wnieść znaczacy wkład do dyskusji o językach. Mam nadzieję, że komuś pomogę, a tym samym - pomogę również sobie:).

Pozdrawiam wszystkich bardzo ciepło!:)