Nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, jednak dziś powzięłam decyzję zakończenia prowadzenia swojego bloga. Pisanie tu postów sprawiało mi zawsze ogromną przyjemność, a jeszcze większą - czytanie Waszych komentarzy i e-maili, wszelkich słów, które sprawiały, że chciało mi się dzielić z Wami moimi przemyśleniami i planami naukowymi.
Dziękuję za to wszystko, to dla mnie bardzo dużo znaczyło i znaczy. Czasem jednak, kiedy weryfikujemy swoje priorytety, okazuje się, że istnieją rzeczy, które należy zakończyć. Z moich wyliczeń (a jak niektórzy wiedzą, bardzo lubię wszelkie wyliczenia:)) wynika, że musze zakończyć działalność bloga.
Zatem zakańczam. I za wszystko bardzo, ale to bardzo dziękuję. To Wy mi więcej daliście, niż ja Wam swoją internetową bazgraniną.
niedziela, 7 października 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
O moich zapędach językowych i próbie ich utemperowania
Jakiś czas temu
wreszcie podjęłam decyzję. Pod moim wpisem „Ilu języków można się uczyć jednocześnie?” pojawiło się bardzo dużo różnych komentarzy, które dały mi do myślenia. Doszłam
do wniosku, że – choć to naprawdę przyjemne – powinnam skończyć z
krótkookresowym zanurzaniem się w jakiś język, o którym wiem, że jego nauki na
dłuższą metę kontynuować nie będę. I tak oto, z ciężkim bólem serca,
zdecydowałam się na pięć języków, których w miarę możliwości będę się uczyć, i
nie będę rozszerzać tej listy, dopóki kolejny język nie wskoczy na poziom C1.
Zanim przejdę do
samej listy i motywów wyboru takich a nie innych języków, wyjaśnię może,
dlaczego te pięć to wcale nie tak dużo, jakby się wydawało. Otóż każdy ma
jakieś hobby, jakąś pasję, to, co lubi robić w wolnym czasie, a także każdy ma
jakiś czas, który przeznacza/czuje, że musi przeznaczyć na
stracenie/odmóżdżenie się/próbę wyłączenia się i nie-myślenia o niczym. Tak
więc, kiedy ktoś czyta jakąś książkę, ja też czytam, tylko staram się, żeby ta
książka była w języku obcym. Kiedy ktoś ogląda jakiś film, ja też oglądam,
tylko raczej bez napisów i w języku obcym. Kiedy ktoś poszukuje w Internecie
forów o fotografowaniu, ja próbuję zmierzyć się z obcojęzycznym tekstem o historii
sztuki. I to wszystko traktuję jak naukę.
Inna sprawa, że
kiedyś imałam się każdego języka, który mi się w danej chwili spodobał. Teraz
też z bólem serca odkładam na niewiadomokiedy-byćmożenigdy naukę
portugalskiego, który jest nie tylko piękny, ale przydałby mi się za miesiąc
podczas tygodniowego urlopu w Portugalii (notabene to idealny okres na jakiś
samouczek ‘Portugalski w miesiąc’!), ale postanowiłam być dzielna (trudne to..)
Jest jeszcze
jeden powód, dla których pięć języków w moim wypadku to nie tak dużo: nie
zamierzam uczyć się ich w tym samym tempie. Nie z każdym planuję spędzać czas
codziennie, i zamierzam nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Postanowiłam
bardziej sprecyzować swoje zainteresowania językowe, i niektóre potraktować
jako niegroźne hobby.
A oto i moja
lista:
1.
Język angielski
Powody, dla których trzeba znać angielski są oczywiste. Mój angielski jest
na całkiem wysokim poziomie, ale nie na tyle wysokim, bym bez obaw mogła
podejść do CPE. Bez obaw zamierzam podejść do egzaminu po przerobieniu kilku
wybranych przeze mnie podręczników (wśród których znajdują się m.in. „Upstream
Proficiency” i „Successful Writing Proficency”), co nastąpi najpóźniej w
czerwcu przyszłego roku (choć chyba będę musiała jeszcze przemyśleć tę decyzję,
jako że formuła egzaminu się nieco zmienia). Tymczasem dla przyjemności czytam
w tym języku książki i oglądam filmy, nie męcząc się przy tym jakoś specjalnie,
mając jednak nierzadko problemy ze zrozumieniem brytyjskiego native’a, mówieniem
(zwłaszcza muszę popracować nad wymową) i pisaniem (chyba że się bardzo staram
i koncentruję).
2.
Język niemiecki
Czytam książki, oglądam filmy, dużo rozmawiam, pracuję, lubię kraj,
interesuje mnie kultura, nie wykluczam zamieszkania tam kiedyś na jakiś czas.
Aby zrealizować swoje sekretne niemieckie plany, z tego języka również
potrzebuję certyfikatu (Goethe Zertifikat C2), a do tego z kolei przerobienia m.in.
dwóch części ‘Sag’s besser’, ‘Oberstufensbuch’, ‘Grammatik fuer
Fortgeschrittene’ i zadręczania znajomych Niemców swoją osobą i swoimi
wypracowaniami :). Plan
certyfikatu: najpóźniej pierwsza połowa przyszłego roku, najlepiej: przed
końcem lutego.
3.
Język rosyjski
Jestem względnie na bieżąco z ‘Kommiersantem’ i z serialami w tym języku, mam pocztę e-mail i FB po rosyjsku, ale jak
dotąd przeczytałam w nim tylko jedną książkę. Plan, oprócz przerobienia
genialnej książki ‘Russkij jazyk siewodnia’ (którą notabene kiedyś
przerobiłam... Tylko na zdecydowanie za długo przerwałam później naukę) –
uwaga! Książka, choć naprawdę świetna, jest bez płyty – zakłada zwiększenie ilości czasu na czytanie
oraz ustalenie ze znajomą Rosjanką godziny tandemu rosyjsko-niemieckiego, który
będzie się odbywał raz w tygodniu. Inny
plan to taki, że w chwili, gdy dojdę z rosyjskiego do poziomu C1, dorzucę do
tej listy kolejny język.
4.
Język francuski
Do tego języka podchodziłam wielokrotnie, zawsze zaczynając od początku. Do
niedawna miałam wrażenie, że jestem osobą o najlepszych podstawach tego języka
na świecie (z każdym kolejnym razem coraz bardziej mnie te podstawy nudziły,
ale wychodziłam z – jak teraz sądzę – błędnego założenia, że trzeba zawsze
zaczynać od początku, jeśli się wszystkiego nie pamięta), ale osobą, która nie
przekroczy nigdy poziomu A2/B1. Teraz, w ramach tandemu niemiecko-francuskiego,
będę się spotykać z inną koleżanką raz w tygodniu i na moją prośbę przerabiać ‘Vite
et bien 2’. Poza tym będę słuchać francuskich piosenek, i czytać sobie, już po
polsku, ‘Dzieje kultury francuskiej’.
5.
Język arabski
Zawsze chciałam się uczyć jakiegoś ‘egzotycznego’ języka, języka o innym
alfabecie i języka, który nie przypominałby żadnego europejskiego. Niesamowicie
podoba mi się japoński, korcą chińskie znaczki, kuszą koreański czy hindi... Chciałoby
się, chciało, ale stwierdziłam, że wybiorę arabski. Bo alfabet jest możliwy do
nauczenia się (choć niekoniecznie do względnie przypominającego poprawne wymówienia
;)), bo język jest podobno logiczny i podobno po wielu latach będę w stanie coś
nawet przeczytać. To szybciej niż z chińskim (z którym może by coś wyszło po
bardzo wielu latach), bardziej przydatnie niż z koreańskim (bo wakacje prędzej –
bo łatwiej – spędzę w Egipcie niż w Korei, choć chętnie odwiedziłabym i Koreę),
ładniej brzmi moim zdaniem niż hindi; w dodatku znalazłam parę ciekawych
książek o kulturze arabskiej i interesującą stronę Arabia.pl. Jeżeli po jakimś
czasie regularnego acz nieprzesadnie częstego zaglądania w samouczek stwierdzę,
że się wciągnęłam i mam prawdziwą motywację (a nie tylko taką ‘bo chcę’ i że chciałabym
rozumieć telewizję Al Jazeera, a w dodatku te znaczki są taaaakie ładne),
przyśpieszę naukę. Jeśli nie – na pewno nie uznam tego czasu za stracony, za to
na miejscu piątym znajdzie się inny język.
Turecki, szwedzki,hiszpański, hebrajski i czeski na razie odrzuciłam. Postaram
się wytrwać i za jakiś czas podzielić się tym, ile założeń spełniam, ile
nadspełniam, a ile okazało się zupełnie nietrafionych. I oczywiście, czy udało mi się
wytrwać bez samouczka ‘Portugalski w miesiąc’. :)
wtorek, 21 sierpnia 2012
Ostalgia, czyli co jest takiego w Spreewaldgurken
Dlaczego nie da
się nauczyć wszystkich języków świata? Odpowiedź wydaje się zarówno oczywista,
jak i prawdziwa: jest ich zdecydowanie za dużo. Ale za dużo nie tylko ze
względu na liczbę słów i reguł gramatycznych, lecz również ze względu na cały
dorobek kulturowy, który języki ze sobą niosą.
Nieraz słyszałam
opinie osób studiujących filologię, że takie przedmioty jak „Literatura Anglii”
czy „Historia Francji” są zbędne na ich studiach, przecież przyszły się tam
nauczyć języka. Jednak jak można się nauczyć języka, jeśli nie będzie się w
stanie pojąć wszelkich niuansów znaczeniowych, związanych często właśnie z
kulturą?
Nie będę się nad
tym rozwodzić, bo jak tytuł mojej notki wskazuje, zamierzam skupić się tu odrobinę na zjawisku
ostalgii, który też udowodni też tę jakże oczywistą moją antytezę. Otóż
ostalgie (niem. Ostalgie) to słowo, które pochodzi z połączenia słów „Ost”
(wschód) i „Nostalgie” (nostalgia), co w połączeniu daje ‘tęsknotę za wschodem’.
Ostalgia powstała po połączeniu się NRD i RFN w wyniku rozczarowania ludzi ze
wschodniej części Niemiec – wbrew oczekiwaniom osób z byłego bloku komunistycznego,
zmiany, które zaszły po transformacji ustrojowej, nie zawsze były korzystne*.
Kiedy już więc
minęła euforia związana z ponownym zjednoczeniem Niemiec (Wiedervereinigung Deutchlands)
, wiele osób zaczęło wspominać czasy, w których żyło im się inaczej. Zaczęły powstawać
ostalgiczne filmy (wzorcowymi przykładami są tu „Słoneczna Aleja” i „Good bye,
Lenin!”), a wiele przedmiotów/sytuacji, które kojarzyły się z czasami NRD,
urosło do rangi symboli.
Na ulicach
zaczęto więc na nowo zachwycać się trabantami, wspominać smak ogórków
spreewadzkich (Spreewaldgurken), wina musującego „Czerwony Kapturek”
(Rotkaeppchen-Sekt) czy kawy Mocca Fix Gold; zatęskniono za postacią Piaskowego
Dziadka z enerdowskich bajek („Unser Sandmaennchen”), produkowaną przez
kombinat chemiczny kredką do ust „Indira”, kremem do rąk „Fissura”, za
ludzikiem z z sygnalizatorów świetlnych dla pieszych(Ampelmaennchen) czy zwykłymi
ceratowymi obrusami. Ale czy obecne produkty ustępują jakością tym powstałym przed
połączeniem się NRD z RFN, czy ustępują im tak mocno, żeby za nimi tęsknić?
Nie w tym rzecz, nie o to tu
chodzi. Niemcy Wschodnie były państwem totalitarnym, represje na obywatelach
były na porządku dziennym. Ale jednocześnie, odgrodzone od Zachodu, dawały
swoiste poczucie bezpieczeństwa; pojęcie bezrobocia praktycznie nie istniało, a
opieka socjalna i zdrowotna była zagwarantowana każdemu. Każdy miał szansę na
mieszkanie i samochód, każdy więc miał gwarancję pewnej stabilności. Po latach od upadku systemu zaś
powoli można było zacząć zapominać o strachu przed Stasi.
Zatem choć
ostalgia wydaje się tak naprawdę zwykłą tęsknotą za przysłowiowymi ‘starymi,
dobrymi czasami’ na terenie wschodnich Niemiec, a teraz również zwykłą modą, warto
wiedzieć co nieco o przeszłości tego kraju, kiedy zechce się odwiedzić
berliński sklep z pamiątkami i zrozumieć ich znaczenie.
*Ustrój NRD
musiał się dopasować do systemu RFN, wielkie przedsiębiorstwa
przejmowały małe zakłady produkcyjne, zwiększyły się przestępczość i bezrobocie,
powstało dużo stereotypów o Ossich i Wessich (Niemcach ze wschodniej/zachodniej
części Niemiec), nie wszystkie obietnice zachodnioniemieckiego rządu zostały
spełnione.
piątek, 22 czerwca 2012
Verlan
[Tytułem przedmowy: Ostatnio
dostałam kilka propozycji współpracy z profesjonalnymi portalami szkół językowych,
jednak nie chcąc zamieniać swojego bloga w przestrzeń reklamową, postanowiłam
zgodzić się na współpracę z tym portalem, który najbardziej mi przypadł do
gustu. Dlatego też z przyjemnością zamieszczam tu artykuł, powstały ze
współpracy z portalem Sprachcaffe –
efektywna turystyka językowa za granicą, i oczywiście zapraszam również na
stronę internetową]
Każdy z nas wie, że na naukę języków obcych nie składają się tylko
podręcznikowe zasady, słówka czy zwroty, że niezwykle ważny jest stały kontakt
z żywym i wciąż przeobrażającym się językiem. Większość z nas zrozumiała to
podczas pobytu w obcym kraju, gdy pragnąc zweryfikować swoje umiejętności w
codziennej konwersacji, okazywało się, że owa konwersacja sprawia nam problemy.
Mogą one wynikać z wielu przyczyn, takich jak na przykład nasza nieśmiałość czy
trudny do naśladowania akcent, ale często okazuje się też, że problemem naszego
niezrozumienia rozmówcy jest niezrozumiała dla nas mowa potoczna, często slang.
Rzadko naucza się tego na lekcjach, rzadko znajdziemy je w podręcznikach, ale na
pewno są obecne w codziennych rozmowach.
O ile bowiem slang amerykański czy brytyjski jest nam stosunkowo dobrze
znany z filmów, seriali, internetu, choćby nawet zapożyczeń do języka polskiego,
to już z innymi językami nie jest tak
łatwo. Istnieje na przykład pewna odmiana slangu francuskiego o niespotykanej konstrukcji,
który dla wielu może być ciekawostką. Wybierając się do Francji na wypoczynek
lub naukę francuskiego z pewnością się z nim spotkacie. Przedstawiam
Wam zatem slang francuski o dostojnie brzmiącej nazwie i prostocie w swej
zawiłości: „Verlan”.
Verlan – jak wiele innych slangów – wywodzi się z młodego, a zatem i dość
butnego środowiska, a jego rozumienie pozwalało poczuć się członkiem tej grupy.
Verlan był swoistym szyfrem, który polegał (i wciąż polega, w Paryżu na
przykład młodzież wciąż się nim posługuje) na wplataniu kilku niezrozumiałych
dla postronnych osób słów w zdanie. Słowa te powstawały w wyniku zmiany
kolejności sylab w wyrazie oraz usuwaniu lub dodawaniu liter w taki sposób, aby
wymowa była możliwie logiczna i prosta.
Samo słowo Verlan powstało w wyniku przekształcenia słowa l’envers (odwrócenie). Zostało
podzielone na dwie sylaby l’enand i vers i przeszło szybka metamorfozę l'en vers... versl'en... verslen...
verlen... verlan.
Jak już było to wspomniane wcześniej, obecnie możemy spotkać się z Verlan
na co dzień, a niektóre słowa weszły do powszechnego użycia. Przykładem jest
słowo beur (od arabe), które w latach 80tych stało się szeroko rozpowszechnionym
określeniem osoby urodzonej we Francji, lecz będącej pochodzenia
północnoafrykańskiego. W związku z tym, że i slang wciąż ewoluuje, po jakimś
czasie beur przekształciło się w
obecnie uzywane reub.
Jednosylabowe wyrazy zwykle wymawia się po prostu od tyłu np.: fou – ouf.
Nawet sławne angielskie cool ma swój francuski odpowiednik – looc.
Pozostałe
najciekawsze przykłady słów w slangu verlan:
klasa - une cecla
(fr. une classe)
francuski - céfran (fr. français)
złośliwy
– chanmé (fr. méchant)
basen
– une cinepi (fr. une piscine)
grupa – une deban (fr. une bande)
płyta, album – un skeud (fr. un
disque)
kawiarnia – un féca (fr. un café)
brat – un reuf (fr. un frère)
szalony – geudin (fr.dingue)
dzień dobry, cześć – jourbon (fr.
bonjour)
czarnoskóry – un kebla (fr. un
black z ang.)
zapomnij
– laisse béton (fr. laisse tomber)
kobieta, żona – une meuf (fr. une
femme)
szalony,
wariat – ouf (fr. fou)
papieros
– une péclot (fr. une clope)
matka
– une reum (fr. une mere)
ojciec
– un reup (fr. un pére)
siostra
– une reus (fr. une sœur)
skorumpowany,
zapsuty – ripou (fr. pourri)
muzyka – la siquemu/la sicmu (fr.
musique)
autobus
– un sub (fr. un bus)
butelka
– une teibou (f. une bouteille)
impreza
– une teuf (fr. une fête)
wychodzić – tisor (fr. sortir)
zdjęcie – une tof (fr. une photo)
metro – le tromè (fr. le mètro)
dziwny – zarbi (fr. bizzare)
dziewczyna – une zesgon (fr. une gonzesse)
Wiedząc o tym, na pewno możecie zadziwić swoich znajomych, nauczyciela francuskiego, a przede wszystkim rodzimych użytkowników tegoż języka. Informacje te na pewno ułatwią komunikację z Francuzami, a dzięki sympatycznej zabawie polegającej na bazowaniu na prawdziwych słowach francuskich, pomóc w nauce języka francuskiego. Może mnie samą nie jest trudno zachęcić do nauki jakiegokolwiek języka, ale czytanie o Verlan na pewno jeszcze bardziej zmotywowało mnie do zajęcia się francuskim :).
sobota, 16 czerwca 2012
Seria „Nie gryzie” wyd. Edgard i zapowiedź konkursu
Wielu z nas
wkrótce wyjedzie na długo wyczekiwane wakacje, wielu z nas też postara się przed
wyjazdem nauczyć przynajmniej podstaw języka kraju, do którego wyjeżdża. Naprzeciw
takim potrzebom wychodzi wydawnictwo Edgard wraz ze swoją serią „Nie gryzie”,
która zawiera takie języki jak: angielski, chiński, duński, japoński, niderlandzki, norweski, portugalski, turecki,
ukraiński, włoski oraz polski dla obcokrajowców.
Ostatnio od
wydawnictwa dostałam do oceny książkę „Turecki nie gryzie”. Z językiem tureckim
nie miałam nigdy wcześniej do czynienia, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile
poprawny jest turecki w niej użyty (wciąż mam w pamięci wpis Aithne o języku
japońskim),
wiem natomiast, co sądzę o samej książce:
Zalety:
1.
Od
razu po jej otwarciu rzuca się w oczy bardzo ładna szata graficzna i
przejrzystość.
2.
Poziom
trudności jest powoli stopniowany, wszystko jest tu ładnie roztłumaczone (choć
podejrzewam, że i ułatwione, jak to zwykle na poziomie początkującym).
3.
Dostajemy
w niej sporo informacji o kulturze i zwyczajach tureckich oraz użyciu
poszczególnych słów w odpowiednim kontekście (dowiemy się na przykład, co się
dzieje podczas Kurban Bayrami, dlaczego na tureckiej prowincji spotkamy
żandarmerię wojskową oraz jakie słowo uchroni nas przed urokiem).
4.
Zawiera
płytę z nagraniami lektorów.
5.
Przyjemnie
się z niej uczy i bardzo chętnie się do niej sięga, zachęca do kontynuacji
nauki języka.
Wady:
1.
Po
jej przerobieniu będziemy mieć tylko bardzo ogólne pojęcie o języku tureckim, poznamy
podstawowe zwroty i wyrażenia oraz podstawową gramatykę. Nie jest to jednak
(moim zdaniem) nawet pełny poziom A1, to jest raczej próba wgryzienia się w
język i kulturę, ich posmakowania i ocenienia, czy warto inwestować swój czas w
dalszą naukę.
2.
Z
tego co wiem, wydawnictwo nie oferuje kontynuacji książki na wyższych poziomach
– po ukończeniu tej książki trzeba szukać nowych materiałów do nauki języka.
Innymi słowy: zachęcam
do obejrzenia książki z wybranym przez siebie językiem w księgarni. Myślę, że może ona stanowić dobry wstęp do
dalszej nauki języka.
Tak swoją drogą, gdyby ktoś znał jakieś fajne materiały do nauki tureckiego, niechaj się nimi ze mną podzieli. Chyba mam ochotę na kontynuację nauki :)
Wkrótce ogłoszę
również na swoim blogu konkurs, w którym do wygrania będą dwa egzemplarze
książki „Turecki nie gryzie”, dostarczę więc Wam okazji, byście mogli książkę
ocenić samodzielnie.
A oto link do recenzji Pauli: http://yosoymorena.blogspot.com/2012/06/hiszpanski-i-portugalski-nie-gryza.html :)
środa, 23 maja 2012
Zjazd blogerów
UPDATE: Relację ze spotkania można przeczytać na blogu Dimy: http://nietylkorosyjski.blogspot.com/2012/06/pogaduszki-poliglockie-3-relacja.html?showComment=1338918160179#c139497655120785292 :)
-----------------------
Ten post przeklejam prosto z bloga Natalii, coby więcej osób się dowiedziało o planowanym spotkaniu językowym:) :
"Mniej więcej tydzień temu odbyło się pierwsze międzynarodowe spotkanie blogerów. A w ubiegły weekend w Zamościu miało miejsce drugie spotkanie blogerów i również międzynarodowe. Oba spotkania były na tyle udane, że powstał pomysł zorganizowania kolejnego spotkania w szerszym gronie. A więc Ola, Dima i ja zapraszamy na spotkanie wszystkich miłośników języków obcych. Spotkanie odbędzie się w Warszawie 2 lub 3 czerwca. To znaczy spotkanie będzie trwało tak naprawdę dwa dni, a więc można się dołączyć w dowolnym z nich :)"
Aby nie dublować informacji, proponuję wszystkie komentarze zamieszczać pod postem Natalii.
I oczywiście:
Zapraszam! :)
-----------------------
Ten post przeklejam prosto z bloga Natalii, coby więcej osób się dowiedziało o planowanym spotkaniu językowym:) :
"Mniej więcej tydzień temu odbyło się pierwsze międzynarodowe spotkanie blogerów. A w ubiegły weekend w Zamościu miało miejsce drugie spotkanie blogerów i również międzynarodowe. Oba spotkania były na tyle udane, że powstał pomysł zorganizowania kolejnego spotkania w szerszym gronie. A więc Ola, Dima i ja zapraszamy na spotkanie wszystkich miłośników języków obcych. Spotkanie odbędzie się w Warszawie 2 lub 3 czerwca. To znaczy spotkanie będzie trwało tak naprawdę dwa dni, a więc można się dołączyć w dowolnym z nich :)"
Aby nie dublować informacji, proponuję wszystkie komentarze zamieszczać pod postem Natalii.
I oczywiście:
Zapraszam! :)
wtorek, 3 kwietnia 2012
Ilu języków można się uczyć jednocześnie?
Jak już kiedyś pisałam, bardzo lubię oglądać liczby. Wszelkie statystyki i fora, na których ludzie operują cyferkami, motywują mnie, mobilizują, i jak czytam na przykład, że ktoś zna 5 języków, to natychmiast sama rzucam się w książki, by też poznać te pięć języków.
W tym moim rzucaniu się w książki leżą jednak dwa problemy:
• po pierwsze, zawsze bezpodstawnie zakładam, że ten ktoś zna owe 5 języków perfekcyjnie – a przecież często określenie znam oznacza po prostu ‘trochę mówię, trochę czytam, czasem coś wyskrobię dłutem w ławce’ – we mnie zaś odzywa się jakiś zmysł perfekcjonistki, która zakłada, że dopiero jeśli przerobię 10 podręczników, przeczytam 12 książek i zrozumiem cały serial, wówczas będę mogła być z siebie zadowolona (prowadzi to do tego, że albo się szybko zniechęcam, albo zastanawiam nad sobą, i w końcu zamiast się uczyć, czytam o tym, jak się uczyć);
• po drugie jest kilka języków, których się uczę na bieżąco – w mniejszym lub większym stopniu – ostatnio na przykład zaniedbuję resztę, czytając dużo po niemiecku i odświeżając rosyjski. Zawsze jednak dochodzi do znudzenia jakimś, który odstawiam na jakiś czas, a zaczynam się fascynować innym, dotąd nieznanym – teraz przyszedł czas na hebrajski. Wiem, że moja fascynacja pewnie szybko się skończy, ponieważ język ten (czy inny) raczej do niczego nie będzie mi potrzebny (chyba że do odczytywania znaczeń słów wypisanych na tablicach wrytych w synagogi albo na grobach z cmentarzy żydowskich /choć to swoją drogą ciekawe), ale brnę w to, żeby poznać nowy alfabet, nowe brzmienie, nową strukturę, i spróbować wymówić poprawnie kilka słów. I tak, przeczytałam, że ktoś zna 5 języków, a ja zamiast doszkalać swoje, rzucam się w materiały do nowego, z którego i tak nic nie wyniknie. Ale przynajmniej cieszę się przy tym jak dziecko:D.
W każdym razie nigdy nie potrafiłam się uczyć więcej niż trzech (ew. czterech) języków jednocześnie, choćby tak, żeby na przełomie dwóch dni zajrzeć do każdego z nich przynajmniej raz. Zawsze mi przeszkadzały inne obowiązki, inne pasje, inne tymczasowe fascynacje. A przecież przeczytałam wiele mniej lub bardziej wiarygodnych historii o ludziach, którzy dobrze władali kilkunastoma; także część moich znajomych, jak i wielu blogowiczów z naszej społeczności może się pochwalić nieustanną chęcią szlifowania kilku języków, z których część zna już w stopniu zaawansowanym; ostatnio też zaimponował mi pewien dwudziestojednoletni student, który zna jedenaście języków, a którego umiejętności można ocenić na stronie: http://www.bbc.co.uk/news/uk-17107435 . Jak im wszystkim udaje się to osiągnąć? I ilu języków musieli się uczyć jednocześnie, żeby osiągnąć taki efekt?
Wiadomo, że najlepiej uczyć się języków, które są nam potrzebne/sprawiają nam przyjemność. Ale tak czysto hipotetycznie, dla moich własnych statystyk i uporządkowania wszystkiego, wypiszę sobie, co następuje: liczbę na bieżąco przyswajanych języków determinują:
- nasze potrzeby;
- zapał do nauki i samodyscyplina;
- sposoby uczenia się;
- ilość czasu, którym dysponujemy (choć, jako do-niedawna-studentka, wiem, że ilość czasu można znacznie nagiąć w czasie sesji i pod presją);
- dostępność (ciekawych) materiałów;
- presja otoczenia;
- język, którego się uczymy (nawet jeśli nie ma języków łatwych czy trudnych, to wierzę, ze jednak łatwiej nauczyć się nam rosyjskiego niż chińskiego);
- rodzaj języków, których się razem uczymy (bo niektórzy może łatwiej przyswajają na raz języki z tej samej grupy językowej, a inni – z odmiennej).
Jakiś czas temu w dodatku dostałam wiadomość od pewnego Marcina, który dowodzi, co następuje:
„Po tylu latach nauki (i leniuchowania niestety) stwierdziłem, że najlepszym sposobem jest nauka tylko jednego języka na raz. Jeśli uczyłaś się również innych języków, to należy je TYLKO powtarzać, ale w żadnym wypadku nie brać nowych lekcji. Dlaczego? Bo tylko intensywna nauka i skupienie na jednym języku daje najlepsze efekty. Nie rozpraszasz się. Moim zdaniem (z doświadczenia) najważniejszy jest angielski. I myślę, że poziom B1 to minimum, które należy opanować, by uczyć się kolejnego języka. Kolejny język też oczywiście do poziomu min B1. W nauce języków bardzo ważne są powtórki. Mam opracowany własny system (po kilku latach). Dlatego jeśli uczysz się angielskiego, to inne języki tylko powtarzasz. I ważne: najpierw zawsze powtórki, później nowe lekcje. Nawet jeśli miałoby nie starczyć czasu na nowy materiał, zaczynamy zawsze od powtórek”.
Ma dużo racji, a z drugiej strony my, blogowicze, jesteśmy zaprzeczeniem tej tezy. Liceum, gdzie się uczy min. dwóch języków na raz jest jej zaprzeczeniem. A przecież coś w tym jest. Ponadto sama powtórek bardzo nie lubię, bo wciąż mnie ciągnie do coraz to nowszego materiału, ale bez nich nie nauczę się niczego trwale (chyba że zacznę czytać książki, gdzie te powtórki same mi się nienachalnie narzucą).
Więc jak to jest? Tak się zastanawiam i zastanawiam, i czytam opinie w Internecie:
‘Naucz się jednego, ale dobrze, a nie łapiesz kilka na raz’.
‘Nie chcę się wdawać w zbyt ostrą polemikę ani tym bardziej oceniać, ale uczenie się kilku języków na raz jest bez sensu, moim zdaniem. Najbardziej efektywną formą nauki języków jest tzw. total immersion (zanurzenie w języku). A jak tu sie zanurzyć dobrze w jednym języku ucząc sie zarazem 4?’
‘Jak chcesz się uczyć kilku języków na raz - spoko, ale na każdy z nich codziennie musi Ci wystarczyć czasu. Inaczej mimo wysiłków zaczniesz się wręcz cofać’.
‘Liczy się czas, którym się dysponuje i samozaangażowanie; jak jest chętny do nauki, ma czas i ma silną wolę, to może się uczyć kilku języków’.
‘Pomyśl, ile czasu spędzasz w Internecie i zadaj sobie jeszcze raz pytanie, [ilu języków możesz się w tym czasie nauczyć]’
I dochodzę do wniosku, że zamiast się zastanawiać, czas się wziąć za naukę. Cobym za jakiś czas w jakiejś ankiecie mogła bez wyrzutów sumienia zaznaczyć liczbę bliską dwucyfrowej, i czuć się wreszcie choć trochę w swej cyferkowo-językowej pasji spełniona:).
Btw. Własny blog to naprawdę motywujące stworzenie:).
W tym moim rzucaniu się w książki leżą jednak dwa problemy:
• po pierwsze, zawsze bezpodstawnie zakładam, że ten ktoś zna owe 5 języków perfekcyjnie – a przecież często określenie znam oznacza po prostu ‘trochę mówię, trochę czytam, czasem coś wyskrobię dłutem w ławce’ – we mnie zaś odzywa się jakiś zmysł perfekcjonistki, która zakłada, że dopiero jeśli przerobię 10 podręczników, przeczytam 12 książek i zrozumiem cały serial, wówczas będę mogła być z siebie zadowolona (prowadzi to do tego, że albo się szybko zniechęcam, albo zastanawiam nad sobą, i w końcu zamiast się uczyć, czytam o tym, jak się uczyć);
• po drugie jest kilka języków, których się uczę na bieżąco – w mniejszym lub większym stopniu – ostatnio na przykład zaniedbuję resztę, czytając dużo po niemiecku i odświeżając rosyjski. Zawsze jednak dochodzi do znudzenia jakimś, który odstawiam na jakiś czas, a zaczynam się fascynować innym, dotąd nieznanym – teraz przyszedł czas na hebrajski. Wiem, że moja fascynacja pewnie szybko się skończy, ponieważ język ten (czy inny) raczej do niczego nie będzie mi potrzebny (chyba że do odczytywania znaczeń słów wypisanych na tablicach wrytych w synagogi albo na grobach z cmentarzy żydowskich /choć to swoją drogą ciekawe), ale brnę w to, żeby poznać nowy alfabet, nowe brzmienie, nową strukturę, i spróbować wymówić poprawnie kilka słów. I tak, przeczytałam, że ktoś zna 5 języków, a ja zamiast doszkalać swoje, rzucam się w materiały do nowego, z którego i tak nic nie wyniknie. Ale przynajmniej cieszę się przy tym jak dziecko:D.
W każdym razie nigdy nie potrafiłam się uczyć więcej niż trzech (ew. czterech) języków jednocześnie, choćby tak, żeby na przełomie dwóch dni zajrzeć do każdego z nich przynajmniej raz. Zawsze mi przeszkadzały inne obowiązki, inne pasje, inne tymczasowe fascynacje. A przecież przeczytałam wiele mniej lub bardziej wiarygodnych historii o ludziach, którzy dobrze władali kilkunastoma; także część moich znajomych, jak i wielu blogowiczów z naszej społeczności może się pochwalić nieustanną chęcią szlifowania kilku języków, z których część zna już w stopniu zaawansowanym; ostatnio też zaimponował mi pewien dwudziestojednoletni student, który zna jedenaście języków, a którego umiejętności można ocenić na stronie: http://www.bbc.co.uk/news/uk-17107435 . Jak im wszystkim udaje się to osiągnąć? I ilu języków musieli się uczyć jednocześnie, żeby osiągnąć taki efekt?
Wiadomo, że najlepiej uczyć się języków, które są nam potrzebne/sprawiają nam przyjemność. Ale tak czysto hipotetycznie, dla moich własnych statystyk i uporządkowania wszystkiego, wypiszę sobie, co następuje: liczbę na bieżąco przyswajanych języków determinują:
- nasze potrzeby;
- zapał do nauki i samodyscyplina;
- sposoby uczenia się;
- ilość czasu, którym dysponujemy (choć, jako do-niedawna-studentka, wiem, że ilość czasu można znacznie nagiąć w czasie sesji i pod presją);
- dostępność (ciekawych) materiałów;
- presja otoczenia;
- język, którego się uczymy (nawet jeśli nie ma języków łatwych czy trudnych, to wierzę, ze jednak łatwiej nauczyć się nam rosyjskiego niż chińskiego);
- rodzaj języków, których się razem uczymy (bo niektórzy może łatwiej przyswajają na raz języki z tej samej grupy językowej, a inni – z odmiennej).
Jakiś czas temu w dodatku dostałam wiadomość od pewnego Marcina, który dowodzi, co następuje:
„Po tylu latach nauki (i leniuchowania niestety) stwierdziłem, że najlepszym sposobem jest nauka tylko jednego języka na raz. Jeśli uczyłaś się również innych języków, to należy je TYLKO powtarzać, ale w żadnym wypadku nie brać nowych lekcji. Dlaczego? Bo tylko intensywna nauka i skupienie na jednym języku daje najlepsze efekty. Nie rozpraszasz się. Moim zdaniem (z doświadczenia) najważniejszy jest angielski. I myślę, że poziom B1 to minimum, które należy opanować, by uczyć się kolejnego języka. Kolejny język też oczywiście do poziomu min B1. W nauce języków bardzo ważne są powtórki. Mam opracowany własny system (po kilku latach). Dlatego jeśli uczysz się angielskiego, to inne języki tylko powtarzasz. I ważne: najpierw zawsze powtórki, później nowe lekcje. Nawet jeśli miałoby nie starczyć czasu na nowy materiał, zaczynamy zawsze od powtórek”.
Ma dużo racji, a z drugiej strony my, blogowicze, jesteśmy zaprzeczeniem tej tezy. Liceum, gdzie się uczy min. dwóch języków na raz jest jej zaprzeczeniem. A przecież coś w tym jest. Ponadto sama powtórek bardzo nie lubię, bo wciąż mnie ciągnie do coraz to nowszego materiału, ale bez nich nie nauczę się niczego trwale (chyba że zacznę czytać książki, gdzie te powtórki same mi się nienachalnie narzucą).
Więc jak to jest? Tak się zastanawiam i zastanawiam, i czytam opinie w Internecie:
‘Naucz się jednego, ale dobrze, a nie łapiesz kilka na raz’.
‘Nie chcę się wdawać w zbyt ostrą polemikę ani tym bardziej oceniać, ale uczenie się kilku języków na raz jest bez sensu, moim zdaniem. Najbardziej efektywną formą nauki języków jest tzw. total immersion (zanurzenie w języku). A jak tu sie zanurzyć dobrze w jednym języku ucząc sie zarazem 4?’
‘Jak chcesz się uczyć kilku języków na raz - spoko, ale na każdy z nich codziennie musi Ci wystarczyć czasu. Inaczej mimo wysiłków zaczniesz się wręcz cofać’.
‘Liczy się czas, którym się dysponuje i samozaangażowanie; jak jest chętny do nauki, ma czas i ma silną wolę, to może się uczyć kilku języków’.
‘Pomyśl, ile czasu spędzasz w Internecie i zadaj sobie jeszcze raz pytanie, [ilu języków możesz się w tym czasie nauczyć]’
I dochodzę do wniosku, że zamiast się zastanawiać, czas się wziąć za naukę. Cobym za jakiś czas w jakiejś ankiecie mogła bez wyrzutów sumienia zaznaczyć liczbę bliską dwucyfrowej, i czuć się wreszcie choć trochę w swej cyferkowo-językowej pasji spełniona:).
Btw. Własny blog to naprawdę motywujące stworzenie:).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
