Całe życie uwielbiałam czytać
książki. Przyciągały mnie i magicznie przenosiły w inny świat tak, jak teraz
często potrafią jedynie telefony komórkowe z dostępem do Internetu ;). Wyobrażałam sobie
nawet, ze nie miałabym nic przeciwko zostać na jakiś czas zamkniętą w
więzieniu, jeśli tylko miałoby ono dobrze wyposażoną bibliotekę. To wtedy po
raz pierwszy przyszło mi do głowy, ze najbardziej na świecie chciałabym poznać
wszystkie języki świata, żeby tylko móc czytać swoje ukochane książki w
oryginale.
Moje początkowo idealistyczne podejście zostało szybko brutalnie stłamszone przez rzeczywistość. Zaczęłam się uczyć swojego pierwszego języka obcego, jezyka angielskiego, i sprawa okazała się nieco bardziej skomplikowana. Postanowiłam ograniczyć swoje zapędy do - wciąż oczywiście śmiałych - 20-30 języków. Stwierdziłam, ze tyle powinno wystarczyć na początek.
Moje początkowo idealistyczne podejście zostało szybko brutalnie stłamszone przez rzeczywistość. Zaczęłam się uczyć swojego pierwszego języka obcego, jezyka angielskiego, i sprawa okazała się nieco bardziej skomplikowana. Postanowiłam ograniczyć swoje zapędy do - wciąż oczywiście śmiałych - 20-30 języków. Stwierdziłam, ze tyle powinno wystarczyć na początek.
W liceum zaczęłam się uczyć
niemieckiego. Na studiach najpierw francuskiego, później rosyjskiego. Ucząc się
tylko samodzielnie (i w ekspresowym tempie, zostawiajac naukę na ostatnią
chwilę, o czym można przeczytać tutaj; do dziś nie wierzę, ze zdałam ten
egzamin przy takim podejściu, i ze nie umarłam na zawał, uważając, ze nie
zdałam, i ze przez swoją brawurę :) wyrzuciłam całe swoje
studenckie oszczędności w błoto), podeszłam do CAE i go zdałam.
Rok spędziłam w Austrii, zdałam
GDS-C2. Powoli zaczynałam rozumieć, ze zajmując się na raz różnymi sprawami,
nie nauczę się tych 20 języków. Ale choćby dziesięciu?
Cale studia opanowywała mnie
żądza certyfikatów. Potwierdzenia, jak dobrze mówię w obcych językach. Chciałam
już nie tylko dobrze czytać, ale i swobodnie się wypowiadać oraz rozumieć, co
inni mają mi do przekazania. Co ważne, żebym mogła sama uwierzyć, że to
potrafię, potrzebowałam namacalnych dowodów, które dodawałyby mi językowej pewności
siebie.
I faktycznie, tak to działało.
Gdy zdałam CAE, a później GDS-a, automatycznie zaczynałam lepiej mówić - nie
dlatego, ze magicznie moja wiedza wzrosła, tylko dlatego, ze otrzymałam
potwierdzenie z zewnątrz: tak, ona daje radę!
W każdej swojej dotychczasowej pracy potrzebna mi była znajomość języków. Kiedy zaczęłam pracować, używać języka codziennie, moja bariera komunikacyjna powoli zanikała. Przestałam potrzebować zewnetrznego potwierdzenia, że znam języki obce - sama powoli uczyłam się dostrzegać, w czym jestem dobra, a co należy jeszcze poprawić. Nauczyłam się to akceptować.
Wtedy nagle nauka zaczęła mi przychodzić o wiele szybciej. Przestałam się bać mówić w innym języku (nawet nowym, nawet takim, który naprawdę słabo znam, nawet po chińsku), łatwiej mi było nawiązywać nowe znajomosci z obcokrajowcami, łatwiej wszystko zapamiętywałam, przestałam się stresować, że robię błędy. W końcu jak mam je przestać robić, skoro nawet nie pozwalam sobie, żeby zacząć je robić?
Nadal chciałabym się nauczyć
dobrze mówić w kilku językach. Tylko teraz robię to już rozsądniej, dojrzałej,
co przekłada się na to, ze również - lepiej i szybciej. Mniej się boję. Mam
wciąż - choć już zmodyfikowaną - listę języków, których chciałabym się nauczyć.
I z tą odrobinę bardziej realną lista może się naprawdę udać.
