środa, 23 maja 2012

Zjazd blogerów

UPDATE: Relację ze spotkania można przeczytać na blogu Dimy: http://nietylkorosyjski.blogspot.com/2012/06/pogaduszki-poliglockie-3-relacja.html?showComment=1338918160179#c139497655120785292 :)

-----------------------
Ten post przeklejam prosto z bloga Natalii, coby więcej osób się dowiedziało o planowanym spotkaniu językowym:) :

"Mniej więcej tydzień temu odbyło się pierwsze międzynarodowe spotkanie blogerów. A w ubiegły weekend w Zamościu miało miejsce drugie spotkanie blogerów i również międzynarodowe. Oba spotkania były na tyle udane, że powstał pomysł zorganizowania kolejnego spotkania w szerszym gronie. A więc Ola, Dima i ja zapraszamy na spotkanie wszystkich miłośników języków obcych. Spotkanie odbędzie się w Warszawie 2 lub 3 czerwca. To znaczy spotkanie będzie trwało tak naprawdę dwa dni, a więc można się dołączyć w dowolnym z nich :)"

Aby nie dublować informacji, proponuję wszystkie komentarze zamieszczać pod postem Natalii.

I oczywiście:

Zapraszam! :)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Ilu języków można się uczyć jednocześnie?

Jak już kiedyś pisałam, bardzo lubię oglądać liczby. Wszelkie statystyki i fora, na których ludzie operują cyferkami, motywują mnie, mobilizują, i jak czytam na przykład, że ktoś zna 5 języków, to natychmiast sama rzucam się w książki, by też poznać te pięć języków.

W tym moim rzucaniu się w książki leżą jednak dwa problemy:

• po pierwsze, zawsze bezpodstawnie zakładam, że ten ktoś zna owe 5 języków perfekcyjnie – a przecież często określenie znam oznacza po prostu ‘trochę mówię, trochę czytam, czasem coś wyskrobię dłutem w ławce’ – we mnie zaś odzywa się jakiś zmysł perfekcjonistki, która zakłada, że dopiero jeśli przerobię 10 podręczników, przeczytam 12 książek i zrozumiem cały serial, wówczas będę mogła być z siebie zadowolona (prowadzi to do tego, że albo się szybko zniechęcam, albo zastanawiam nad sobą, i w końcu zamiast się uczyć, czytam o tym, jak się uczyć);

• po drugie jest kilka języków, których się uczę na bieżąco – w mniejszym lub większym stopniu – ostatnio na przykład zaniedbuję resztę, czytając dużo po niemiecku i odświeżając rosyjski. Zawsze jednak dochodzi do znudzenia jakimś, który odstawiam na jakiś czas, a zaczynam się fascynować innym, dotąd nieznanym – teraz przyszedł czas na hebrajski. Wiem, że moja fascynacja pewnie szybko się skończy, ponieważ język ten (czy inny) raczej do niczego nie będzie mi potrzebny (chyba że do odczytywania znaczeń słów wypisanych na tablicach wrytych w synagogi albo na grobach z cmentarzy żydowskich /choć to swoją drogą ciekawe), ale brnę w to, żeby poznać nowy alfabet, nowe brzmienie, nową strukturę, i spróbować wymówić poprawnie kilka słów. I tak, przeczytałam, że ktoś zna 5 języków, a ja zamiast doszkalać swoje, rzucam się w materiały do nowego, z którego i tak nic nie wyniknie. Ale przynajmniej cieszę się przy tym jak dziecko:D.

W każdym razie nigdy nie potrafiłam się uczyć więcej niż trzech (ew. czterech) języków jednocześnie, choćby tak, żeby na przełomie dwóch dni zajrzeć do każdego z nich przynajmniej raz. Zawsze mi przeszkadzały inne obowiązki, inne pasje, inne tymczasowe fascynacje. A przecież przeczytałam wiele mniej lub bardziej wiarygodnych historii o ludziach, którzy dobrze władali kilkunastoma; także część moich znajomych, jak i wielu blogowiczów z naszej społeczności może się pochwalić nieustanną chęcią szlifowania kilku języków, z których część zna już w stopniu zaawansowanym; ostatnio też zaimponował mi pewien dwudziestojednoletni student, który zna jedenaście języków, a którego umiejętności można ocenić na stronie: http://www.bbc.co.uk/news/uk-17107435 . Jak im wszystkim udaje się to osiągnąć? I ilu języków musieli się uczyć jednocześnie, żeby osiągnąć taki efekt?

Wiadomo, że najlepiej uczyć się języków, które są nam potrzebne/sprawiają nam przyjemność. Ale tak czysto hipotetycznie, dla moich własnych statystyk i uporządkowania wszystkiego, wypiszę sobie, co następuje: liczbę na bieżąco przyswajanych języków determinują:
- nasze potrzeby;
- zapał do nauki i samodyscyplina;
- sposoby uczenia się;
- ilość czasu, którym dysponujemy (choć, jako do-niedawna-studentka, wiem, że ilość czasu można znacznie nagiąć w czasie sesji i pod presją);
- dostępność (ciekawych) materiałów;
- presja otoczenia;
- język, którego się uczymy (nawet jeśli nie ma języków łatwych czy trudnych, to wierzę, ze jednak łatwiej nauczyć się nam rosyjskiego niż chińskiego);
- rodzaj języków, których się razem uczymy (bo niektórzy może łatwiej przyswajają na raz języki z tej samej grupy językowej, a inni – z odmiennej).

Jakiś czas temu w dodatku dostałam wiadomość od pewnego Marcina, który dowodzi, co następuje:

„Po tylu latach nauki (i leniuchowania niestety) stwierdziłem, że najlepszym sposobem jest nauka tylko jednego języka na raz. Jeśli uczyłaś się również innych języków, to należy je TYLKO powtarzać, ale w żadnym wypadku nie brać nowych lekcji. Dlaczego? Bo tylko intensywna nauka i skupienie na jednym języku daje najlepsze efekty. Nie rozpraszasz się. Moim zdaniem (z doświadczenia) najważniejszy jest angielski. I myślę, że poziom B1 to minimum, które należy opanować, by uczyć się kolejnego języka. Kolejny język też oczywiście do poziomu min B1. W nauce języków bardzo ważne są powtórki. Mam opracowany własny system (po kilku latach). Dlatego jeśli uczysz się angielskiego, to inne języki tylko powtarzasz. I ważne: najpierw zawsze powtórki, później nowe lekcje. Nawet jeśli miałoby nie starczyć czasu na nowy materiał, zaczynamy zawsze od powtórek”.

Ma dużo racji, a z drugiej strony my, blogowicze, jesteśmy zaprzeczeniem tej tezy. Liceum, gdzie się uczy min. dwóch języków na raz jest jej zaprzeczeniem. A przecież coś w tym jest. Ponadto sama powtórek bardzo nie lubię, bo wciąż mnie ciągnie do coraz to nowszego materiału, ale bez nich nie nauczę się niczego trwale (chyba że zacznę czytać książki, gdzie te powtórki same mi się nienachalnie narzucą).


Więc jak to jest? Tak się zastanawiam i zastanawiam, i czytam opinie w Internecie:

‘Naucz się jednego, ale dobrze, a nie łapiesz kilka na raz’.
‘Nie chcę się wdawać w zbyt ostrą polemikę ani tym bardziej oceniać, ale uczenie się kilku języków na raz jest bez sensu, moim zdaniem. Najbardziej efektywną formą nauki języków jest tzw. total immersion (zanurzenie w języku). A jak tu sie zanurzyć dobrze w jednym języku ucząc sie zarazem 4?’
‘Jak chcesz się uczyć kilku języków na raz - spoko, ale na każdy z nich codziennie musi Ci wystarczyć czasu. Inaczej mimo wysiłków zaczniesz się wręcz cofać’.
‘Liczy się czas, którym się dysponuje i samozaangażowanie; jak jest chętny do nauki, ma czas i ma silną wolę, to może się uczyć kilku języków’.
‘Pomyśl, ile czasu spędzasz w Internecie i zadaj sobie jeszcze raz pytanie, [ilu języków możesz się w tym czasie nauczyć]’

I dochodzę do wniosku, że zamiast się zastanawiać, czas się wziąć za naukę. Cobym za jakiś czas w jakiejś ankiecie mogła bez wyrzutów sumienia zaznaczyć liczbę bliską dwucyfrowej, i czuć się wreszcie choć trochę w swej cyferkowo-językowej pasji spełniona:).

Btw. Własny blog to naprawdę motywujące stworzenie:).

niedziela, 1 kwietnia 2012

Matura z języka angielskiego z wyd. Edgard

Jakiś czas temu wydawnictwo Edgard postanowiło wysłać mi do oceny materiały przygotowujące do matury z języka angielskiego. Wprawdzie maturę zdawałam już dobrych kilka lat temu, ale materiały obejrzałam z przyjemnością i z równą przyjemnością mogę stwierdzić, że mi się podobają. 

Ale do rzeczy:


1.  Fiszki „Kierunek Matura”

Początkowo wizualnie mnie zawiodły. W przeciwieństwie do zwykłych fiszek (lub też fiszek innego rodzaju wydawnictwa Edgard) nie zawierają standardowego układu słówko + przykład na jednej stronie z tłumaczeniem na drugiej. Są one skonstruowane w taki sposób, że poza słówkami badają naszą znajomość gramatyki, uczą synonimów i utrwalają poprawne formy zdania. Jak wygląda taka fiszka w praktyce? Oto i przykładowy obrazek:


Tak więc początkowo wydawało mi się, że fiszka tego rodzaju jest słabo czytelna, bo przesycona natłokiem informacji. Ale nic bardziej mylnego! Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do  nowatorskiego układu, zrozumiałam, że z taką fiszką można wszystko powtórzyć/nauczyć się szybciej i więcej niż ze zwykłą, co – w chwili, gdy do matury zostało już naprawdę niewiele czasu – wydaje się naprawdę ważne.  

Fiszki te, mogę więc wszystkim serdecznie polecić, zwracając uwagę jeszcze na kilka rzeczy:

- w opakowaniu jest ich aż 1000 – nie trzeba się jednak przerażać ich liczbą, ponieważ zabawa z nimi jest bardzo przyjemna, słówka też wchodzą do głowy bardzo łatwo; fiszki w dodatku są podzielone tematycznie, co tym łatwiej przygotowuje do wypowiedzi ustnej lub wypracowania na określony temat;

- nie można podchodzić do nich bezkrytycznie – pamiętajmy, że wymienione na nich synonimy są tylko synonimami, czyli wyrazami bliskoznacznymi, co oznacza, że każdy z tych wyrazów niesie podobne, ale niedokładnie to samo znaczenie. Te inne znaczenia trzeba sprawdzać samodzielnie w słowniku;

- jeżeli chcemy przy pomocy fiszki tłumaczyć zdanie z polskiego na angielski, to musimy się przygotować na ciągłe zasłanianie górnej części fiszki, w której znajduje się to samo zdanie po angielsku;

- dodatkowe informacje od wydawnictwa znajdziemy na stronie: http://www.jezykiobce.pl/angielski-fiszki-kierunek-matura,871.html.


2. Podręcznik „Angielski Kierunek Matura: Zestawy, zadania, wskazówki”

Książki te dostępna są na dwóch poziomach: podstawowym (http://www.jezykiobce.pl/angielski-kierunek-matura-zestawy-zadania-wskazowki-poziom-podstawowy-nowa-edycja,868.html) i rozszerzonym (http://www.jezykiobce.pl/angielski-kierunek-matura-zestawy-zadania-wskazowki-poziom-rozszerzony,695.html). Są to dość standardowe podręczniki zawierające przykładowe zadania maturalne, wyróżniające się jednak naprawdę przydatnymi wskazówkami, jak do zadań podejść i jak ułatwić sobie ich rozwiązywanie.

Po pierwsze, w książkach tych dokładnie opisano, jak wygląda matura z języka angielskiego, jakiego typu mamy tam zadania, i co ważne – jaki jest jej zakres tematyczny i gramatyczny oraz w jaki sposób są oceniane wykonywane przez nas zadania – zarówno ustne, pisemne, jak i wykonywane ze słuchu.  Takie podejście pozwala nam odróżnić rzeczy ważniejsze od mniej istotnych, czyli lepiej punktowane od mniej punktowanych. Zrozumiemy też, o czym nie możemy zapomnieć w trakcie egzaminu – tj. na czym łatwo stracić punkty tylko przez nieuwagę.

Po drugie, szczegółowo omawia się tu możliwe formy pisemne – podano tu przykłady i zwrócono uwagę, o czym należy pamiętać podczas pisania wypracowania. Przykłady prawidłowych odpowiedzi znajdziemy również przy części ustnej – sama pamiętam, że to coś, czego najbardziej mi brakowało przed moją własną maturą, dlatego tym bardziej polecam zagłębienie się w tę część książki.

Po trzecie, warto zwrócić uwagę na klucz znajdujący się na końcu książki – podaje on nie tylko poprawne odpowiedzi do zadań, ale i często tłumaczy, dlaczego dane odpowiedzi są poprawne.

Fajne jest również to, że możemy ocenić swoje postępy przed i po przerobieniu książki – mamy w niej do dyspozycji zarówno test wprowadzający, jak i końcowe arkusze maturalne.


Podsumowując: serdecznie polecam! :)



UWAGA: Opisywane przeze mnie materiały służą zarówno do samej nauki, jak i do powtórek. Jeśli chcemy jednak dobrze zdać maturę, musimy je oczywiście uzupełnić jeszcze o inne książki – ale o tym raczej wszyscy wiecie:).

poniedziałek, 12 marca 2012

Nauka języka a hobby, czyli m.in. o kursach online

Stwierdzeniem, że najłatwiej i najprzyjemniej nauczymy się języka, jeśli będziemy go od razu wykorzystywać do realizowania swoich pozajęzykowych celów, nie odkryję Ameryki, ale mimo to myślę, że warto o tym napisać. Każdy wie, jak niesamowicie motywująco wpływa na nas fakt, że właśnie poznawany język może nam się do czegoś przydać – i nie chodzi tu tylko o komunikowanie się z jego rodzimymi użytkownikami, ale też – a w początkowych fazach nauki przede wszystkim – o czytanie artykułów na interesujące nas tematy.

Nieważne, czy chcemy poczytać o szydełkowaniu czy łączeniu się łańcuchów białkowych, o literaturze skandynawskiej czy zwyczajach Balijczyków, z łatwością znajdziemy teksty na wybrany przez nas temat w takim języku, jakiego się właśnie uczymy. Nie jest to może propozycja dla początkujących, ale wcale nie potrzeba niesamowitych kompetencji językowych, aby czytać o temacie, który nas właśnie interesuje, bo jeśli on nas pochłonie, to dla samej możliwości czytania o tym będziemy kształcić wspomniane umiejętności.

Pamiętam, jak przebywając jeszcze w Salzburgu, kupiłam sobie kilka książek kucharskich w języku niemieckim (temat niby niespecjalnie skomplikowany, ale napotkałam w nim masę nieznanych mi słów, w dodatku często potocznych). Zrobiłam to dlatego, że akurat trwała wielka książkowa wyprzedaż, same książki były prześliczne, a ja postanowiłam nauczyć się dobrze, zdrowo i zróżnicowanie gotować. Interesowało mnie to, jak należy tworzyć sobie krótko- i długoterminową dietę, co należy zrobić, żeby produkty spożywcze w procesie przetwarzania nie traciły swoich wartości odżywczych oraz jak przygotowywać potrawy, by wyglądały dokładnie tak, jak na zdjęciu. Na początku miałam sporo problemów z dokładnym zrozumieniem treści tych książek, ale tematyka na tyle mnie wciągnęła, że nie poddawałam się i ciągle czytałam, tak, by w końcu bez problemu rozróżniać często niuanse znaczeniowe w synonimicznych wyrażeniach z tego zakresu, a jednocześnie do dziś pamiętam, jak może oddziaływać benzoesan sodu na nasz organizm i do czego służy azotan potasu.

 Od tamtej pory czytałam różne ciekawe rzeczy w Internecie w językach obcych, robiłam to jednak sporadycznie, i jakoś bez większego zaangażowania. Było tak aż do chwili odnalezienia portalu Lynda.com – portalu, na którym znajdziemy szereg kursów o różnorodnej tematyce, głownie jednak z zakresu obsługi programów komputerowych czy tworzenia własnej strony internetowej. Dostęp do kursów jest płatny, zanim się w niego zainwestuje można jednak wypróbować 7-dniowy darmowy okres próbny, kiedy się stwierdzi, czy nadal z niego chcemy korzystać, czy też już zdążyliśmy się nauczyć wszystkiego, czego chcemy (http://www.lynda.com/promo/trial/default.aspx?lpk35=1908).

Po natknięciu się na Lyndę zaczęłam wyszukiwać inne ciekawe strony internetowe, które oferowałyby mi możliwość darmowego dokształcania się. Po wpisaniu w wyszukiwarkę „free tutorials/Internet courses” wyskoczyło mi szereg innych stron, które oferują dokształcanie z niemal dowolnej tematyki (polecam zajrzenie na http://distancelearn.about.com/od/onlinecourses/a/FreeClasses.htm czy http://alison.com/). A przecież można szukać kursów prowadzonych nie tylko w języku angielskim.

Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy robimy kursy internetowe czy po prostu czytamy artykuły. Kursy zapewniają nam ustrukturyzowaną formę zdobywania podstaw wiedzy z określonej dziedziny, mogą być też jej uzupełnieniem, zmuszają do pewnej regularności, płatne często pozwalają nam także sprawdzić swoją wiedzę w praktyce. Ważne jest natomiast to, że kiedy czytamy/słuchamy o czymś, co nas interesuje, nie tylko mamy wrażenie podwójnie dobrze wykorzystanego czasu, ale i nasza motywacja do nauki języków rośnie. 

środa, 1 lutego 2012

Jak szybko opanować język obcy?

Każdy z nasz szuka idealnej metody do nauki języków, każdy z nas chciałby, aby nauka ta przychodziła nam możliwie najłatwiej, najszybciej i najmniej boleśnie, nawet jeśli wielu z nas lubi ten swoisty wysiłek intelektualny wkładany w rozwikływanie zagadek gramatycznych czy łączenie literek nowego alfabetu. O tym, że nie ma uniwersalnej i zawsze sprawdzającej się metody oraz że najważniejsza jest po prostu nasza własna praca pisało już wiele osób (jakiś czas temu np. Karol, z którego postem całkowicie się zgadzam), zatem nie będę tu powielać ich wypowiedzi, a jedynie zrecenzuję utrzymaną w tej tematyce książkę „Jak szybko opanować język obcy?” Anny Szyszkowskiej-Butryn, która ukazała się ostatnio w księgarniach.

O zrecenzowanie tej książki poprosiło mnie wydawnictwo Edgard. Zaciekawiona i oczywiście niesamowicie ucieszona takim e-mailem zgodziłam się, stawiając jednak pewien warunek: moja recenzja będzie obiektywna (czyli niekoniecznie pozytywna), ponieważ bloga prowadzę przede wszystkim dla siebie i dla wszystkich odwiedzających, i od jakichkolwiek korzyści materialnych ważniejsza jest dla mnie wiarygodność. Wydawnictwo postanowiło zaryzykować (czym zyskało sobie mój szacunek), a ja po kilku dniach otrzymałam wspomnianą książkę i pakiet 600 fiszek do nauki phrasal verbs.

W książce tej autorka wychodzi z założenia, że każdy z nas przyswaja informacje w odmienny sposób: wzrokowo, słuchowo, dotykowo lub poprzez ruch. W każdym z nas ponadto przeważa inny rodzaj inteligencji, który sprawia, że efektywność naszej nauki języków jest zależna od obranej metody – innymi słowy: są takie metody, które pasują do nas bardziej, i są takie, które pasują do nas mniej. I w tej właśnie książce pokuszono się o stwierdzenie, które metody do kogo pasują (każda metoda jest opatrzona znaczkiem, który sugeruje, do kogo jest ona skierowana) i dodatkowo jakie umiejętności kształtują.

Przedstawiono tu naprawdę dużo technik nauki języków – od wszystkim znanych mnemotechnik (map myśli, czy takich w stylu: chcesz się nauczyć, że słówko „ribbon” oznacza wstążkę? Wyobraź sobie dużą rybę siedzącą na książce, i myśl, że ta ryba to ribbon! *), przez wszystkim znane gry i zabawy językowe (ułóż krzyżówkę, śmieszną historyjkę z nowo poznanymi słówkami, stwórz domino czy węża literowego), próby podejścia psychologicznego (przykładowo: nie znasz słowa „lampshade”? pomyśl, co to może znaczyć, a potem porównaj to znaczenie z jego prawdziwym, i zastanów się, co to może powiedzieć o Twojej osobowości*), zalecenie zakreślania słów i parafrazowania cytatów, aż po, moim zdaniem, naprawdę fajne techniki (dzięki tej książce przypomniałam sobie, jak kiedyś pisałam swój pamiętnik – wówczas łamaną – angielszczyzną, aby moi Rodzice nie mogli nic z tego zrozumieć, albo też jak nagrywałam swój głos, aby móc sprawdzić swoje błędy i akcent).

Książka ta stanowi więc naprawdę duży zbiór rozmaitych technik nauki, do których trzeba jednak – jak zresztą do wszystkiego – mieć duży dystans. Na pewno motywuje (a wszystkie ćwiczenia są ukierunkowane na miłe spędzenie czasu przy nauce, więc na pewno nie zniechęcają), na pewno więc też stanowi duży zbiór zabaw, dzięki którym można przyjemnie spędzić czas (jeśli oczywiście ktoś lubi spędzać czas z językami) lub urozmaicić prowadzone przez siebie korepetycje/zajęcia językowe. Niektóre proponowane czynności są oczywiste,  niektóre nowatorskie, ale niemal wszystkie – bardzo czasochłonne. Wiadomo, że nauka języka musi zajmować czas. Ale czy warto spędzać godziny na układaniu historyjek ze słówek, których można byłoby się po prostu nauczyć, kilkukrotnie powtarzając czytankę? Jeżeli są to słówka, które w żaden inny sposób nie chcą nam wejść do głowy – to tak, warto poświęcić czas na wymyślenie absurdalnej historii o arbuzie, który zjadł tratwę, przez co nabawił się hiperwitaminozy i zaczął mówić po hebrajsku*. W innym wypadku sama nie widzę sensu w zbyt dużym angażowaniu się w rzeczy, które tak naprawdę tego nie wymagają. Istnieją tu jednak również ćwiczenia, które można nieinwazyjnie wpleść w swoje życie, i właśnie te mi się najbardziej podobają – na przykład wspomniane już uzupełnianie terminarza w obcym języku czy naklejanie karteczek z napisami na odpowiadające im przedmioty. 

Książka ma całkiem sporo wad. Autorka czasami sili się na styl naukowy, czasami pisze niemal potocznie. Cytuje osoby, które ponoć zastosowały zalecane przez nią metody,  ale cytaty te wydają się dość nierzeczywiste, są raczej krótkimi listami pochwalnymi opisywanych technik. W książce brakuje mi obiektywności i sceptycyzmu, a przykłady poliglotów, którzy potrafili nauczyć się języka podczas lotu samolotem, po prostu irytują. Czasami ma się wrażenie, że niektóre metody są wymyślane na siłę; czasami brakuje jakości nawet w mnemotechnikach, nie ma również konsekwencji w przykładach zastosowań określonej metody w różnych językach. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to takie swoiste kompendium sposobów nauki języków obcych, na które warto zwrócić uwagę podczas najbliższego pobytu w księgarni, obejrzeć, i ocenić samodzielnie.

*przykład mój własny


Tymczasem fiszki niesamowicie mi się spodobały. Kiedyś robiłam podobne samodzielnie, ale jakoś nie chciało mi się z nich korzystać. Tych używam, ponieważ podobają mi się graficznie, są nieco sztywniejsze niż moje własne, a w dodatku są podzielone tematycznie i zawierają przykłady zdań z użyciem zapamiętanych słówek. Jest ich dużo, a wszystkie mieszczą się w ładnym, małym opakowaniu. Jeśli ktoś chciałby spróbować nauki z fiszkami, a nie ma ochoty robić własnych, tudzież jego własne mu się nie podobają – serdecznie polecam.



Pół godziny po zamieszczeniu tego posta zauważyłam, że na blogu Aleksandry też jest post na temat tej książki, a także na temat innych książek o nauce języków obcych. Zachęcam do przeczytania jej wpisów, zwłaszcza, że większą wagę przywiązuje ona do aspektów technicznych niż ja, a samą wspominaną tu książkę ocenia o wiele bardziej pozytywnie.

Także Paulaaaa opisuje swoje - bardzo pozytywne - odczucia po kontakcie z tą książką - zapraszam więc i do niej na blogi:).

piątek, 4 listopada 2011

Jak zacząć? Dobre pytanie.

I. Spowiedź Aruenny
[Początek nieco osobisty, zainteresowanych tylko częścią językową odsyłam do części drugiej tego posta]

Pomimo że nie uaktualniałam bloga już od jakiegoś czasu, ostatnio zaczęłam dostawać coraz więcej e-maili od czytelników. Kiedy zaczęłam tu pisać, sądziłam, że moje przemyślenia będzie czytać tylko grono pozostałych językowych blogujących, a tu tak inaczej. Czuje się prawdziwą satysfakcję, że to, co piszę, może być dla kogoś przydatne, i że ktoś prosi o radę, tudzież dzieli się własnymi doświadczeniami.

Tym bardziej przepraszam, że ostatnio nie odpisywałam za szybko na te wiadomości. Dużo pracuję, przeprowadziłam się w miejsce, w którym chwilowo nie mam Internetu, obroniłam pracę magisterską, przeżyłam osobisty koniec świata, rozpadłam się na kawałki i właśnie próbuję się pozbierać. Dlatego tym bardziej dziękuję za te e-maile, bo wiem, że jest coś, co potrafię, i co komuś może pomóc.

Ostatnio otrzymałam też jeden z najlepszych komplementów, jakie mogłabym chcieć otrzymać. Mój bliski, odośmioletni znajomy powiedział mi, że nie zna nikogo innego, kto potrafi tak pracować nad sobą jak ja, tak zmieniać się, i tak umieć kształtować swój charakter. Ten komplement sprawił, że chcę jeszcze bardziej zająć się sobą, bo wiem już, jakie kolejne rzeczy muszę w sobie zmienić. I wreszcie wiem dokładnie, co chcę osiągnąć. I wiem, że domagam się w pewnych sferach perfekcji. W tym chcę poznawać kolejne języki, chcę osiągać poziomy bliskie poziomom nejtiwowskim, chcę wiedzieć o nich samych jak najwięcej. I będę. Bo chcę, bo mogę, bo mam wsparcie.


II. Część druga ;)

W kilku e-mailach dostałam pytania: „jak zabrać się do samodzielnej nauki, od czego zacząć, jak zbudować swój plan?” Albo: „czy uda mi się dojść do takiego a takiego poziomu w tyle i tyle czasu? Muszę, ponieważ mam maturę/egzamin na studiach/etc.”

Na wstępie powiem, że nie jestem ekspertką. W dodatku z szybką nauką języka zawsze mamy do czynienia z eksperymentowaniem.  Wiem też jednak, że dobra motywacja to jedna trzecia sukcesu. Pozostałe części składowe stanowią dobre przygotowanie planu i jego realizacja.

Jak zatem przystąpić do nauki języka samodzielnie?

1.       1. Najlepiej pójść do księgarni /biblioteki/medioteki językowej, pooglądać książki, poprosić o radę, zastanowić się, co chce się osiągnąć, ile czasu można na to przeznaczyć i w jaki sposób najprzyjemniej nam się uczy. Sama, oglądając książki, mam ochotę pochłonąć je wszystkie, każde muśnięcie dłonią nowej okładki sprawia, że chcę pochłonąć ją w całości.

2.       2. Moim zdaniem, rozpoczynając naukę całkowicie od początku, najlepiej wybrać jakiś samouczek, ew. książkę, która zawiera słowniczek danojęzykowo-polski. Dzięki temu nie czujemy się od razu zniechęceni, próbując znaczenia początkowo bardzo obco i trudno nam brzmiących słów. Jeśli nauki nie rozpoczynamy od podstaw, warto zajrzeć do książek, których jeszcze nie używaliśmy, coby te książki nie znudziły nas za szybko. Wyjątkiem są tu gramatyki, które zawsze będą opierać się na podobnym schemacie.

3. 3.  Trzeba ustalić sobie, kiedy możemy się uczyć. Tak realnie, bo wiadomo, że po zajęciach na siłowni będziemy zmęczeni, a po jedzeniu chętniej obejrzymy jakiś film.    

4. Trzeba zaplanować, ile się jest w stanie przerobić danego dnia. Nie robić superdługoterminowych planów, albowiem te zwykle nie wychodzą, ew. stwierdzić, że np. po trzech miesiącach osiągnie się poziom A1, po pół roku – A2. Ale najlepiej zrobić plan kilku kolejnych zajęć, bez dokładnego określania, że jeśli się czegoś nie przerobi jednego dnia, to trzeba to nadrobić innego, dorzucając nieprzerobiony materiał do nowego. Nie ma sensu nadrabiać, w ten sposób można się tylko łatwo zniechęcić.

5.       5. Trzeba posłuchać piosenek w danym języku. Znaleźć tekst, tłumaczenie, i śpiewać ku uciesze sąsiadów.

6.       6. Namówić inną osobę do nauki. Może niekoniecznie wspólnej, ale na pewno jednoczesnej. Zdrowa rywalizacja zawsze pomaga. Ciągła wzajemna motywacja również.

7.       7. Zacząć się uczyć. I nie przejmować się, że nie wszystko wychodzi tak, jak by się chciało. Zwykle nie wychodzi, a jakoś my, wszyscy blogujący, jesteśmy w stanie się samodzielnie uczyć, i ta samodzielna nauka faktycznie przynosi upragnione efekty. Więc i Wam się uda.

Tak zaczęłabym naukę ja.  Ale czy jest jakiś uniwersalny, najlepszy sposób na to, jak zacząć naukę języka samodzielnie? Nie wiem. Dobre pytanie, na które sama chciałabym poznać odpowiedź.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Pobyt za granicą a nauka języka, czyli czy wyjazd zagraniczny jest naprawdę konieczny

Wszędzie się słyszy, że najlepiej się uczy języka podczas pobytu za granicą. Niektórzy twierdzą wręcz, że to jedyny skuteczny sposób nauki, że tylko w ten sposób da się opanować żywy język, jego wymowę, faktycznie używane słownictwo i składnię. Ale czy tak jest naprawdę?

Otóż nie. To prawda, przebywając w określonym kraju będziemy zmuszeni używać na bieżąco pewnych obiegowych zwrotów i wyrażeń, szybko dowiemy się, jak się nazywa w obcym języku cebula, dentysta czy pompownia rowerowa. Jednak swobodne pójście do sklepu i odróżnienie drożdzy od masła czy zrozumienie lektora w pociągu, mówiącego "Sehr geehrte Damen und Herren, wir erreichen jetzt Salzburg Hbf" (Szanowni Panie i Panowie, dojeżdżamy właśnie do dworca głównego w Salzburgu), to powód do dumy tylko w początkowych miesiącach nauki. Osoby, które traktują sam pobyt w danym kraju za wystarczający do nauczenia się języka, nigdy poza to pierwsze stadium nie wyjdą.

Czytałam ostatnio forum na temat trudności nauczenia się języka francuskiego. Znalazły się tam jednostki, które stwierdzały, że wymowy nie da się samemu nauczyć, że większość nauczycieli tego języka źle wymawia słowa, i w ogóle tylko naprawdę długi pobyt we Francji jest w stanie kogoś czegoś nauczyć. Całkowita nieprawda! Po przerobieniu pewnego (porządnego) Hoerkursu (kursu opierającego się głównie na słuchaniu) na poziomie A1-B1, ja, która zawsze mam problemy z wymową słów w innych językach, zostałam zapytana przez jedną Francuzkę, jak długo mieszkałam we Francji, że taką mam wymowę! Nigdy nie mieszkałam, i swoją wymowę szybko utraciłam, nie słuchając później niczego po francusku, ale widać można!

Pamiętam, jak kiedyś pewna bliska mi osoba przyjechała do mnie do Salzburga w odwiedziny. Była pierwszy raz  w kraju niemieckojęzycznym, pierwszy raz za granicą w ogóle. Ale gdy usłyszałam ją mówiącą po niemiecku, to - mówiąc całkowicie szczerze - nie byłam w stanie odróżnić jej wymowy od wymowy rodowitego Niemca. Nie tylko wymowy zresztą, a całego potoku wypowiedzi, płynnej, idiomatycznej i poprawnej. Można? Można!

Na wymianie spotkałam też wiele osób, które pomimo długiego już pobytu w Austrii (nawet ponad trzy lata!), nie potrafią mówić po niemiecku. Nie tylko płynnie, ale choćby jakkolwiek. Pewien świetnie gotujący Irańczyk, robiący zresztą doktorat (po angielsku), wiedział wprawdzie, jak jest koper włoski po niemiecku, ale jego opinię o wyznawcach różnych religii poznałam tylko dzięki jego znajomości angielskiego.

Na wycieczce do Monachium spotkałam kilku sympatycznych Polaków, pracujących od kilku lat w Anglii. Ich język polski stale urozmaicany był angielskimi słówkami, ale ich angielski był na bardzo niskim poziomie (pytali o coś w informacji turystycznej, nietrudno było zauważyć).

Dlaczego?

Dlatego, że do nauczenia się języka pobyt w danym kraju nie wystarczy. Dlatego, że nauczymy się języka tylko wtedy, kiedy faktycznie się do tego przyłożymy, kiedy mamy motywację, kiedy tego naprawdę chcemy. I pobyt w danym kraju może nam tylko pomóc, ułatwić, ale sam z siebie nie zastąpi porządnej nauki, posiedzenia nad książkami, ćwiczeniami gramatycznymi czy wielokrotnym przesłuchiwaniem tych samych słuchanek.

Jeśli, nie znając języka, wyjeżdżamy do obcego kraju, przez początkowe miesiące będziemy czuli, że nauczyliśmy się faktycznie dużo. Nauczymy się porozumiewać w najprostszych sytuacjach, poznamy pewnie kilka wyrażeń idiomatycznych, z wieloma słowami będziemy mieć ciągłą styczność. Jednak, jeśli sami się nie postaramy, nie przyłożymy, na tym zakończy się formuła naszego wyjazdu. W takim wypadku powstaje jeszcze pytanie, czy tego samego nie moglibyśmy się nauczyć samodzielnie, może nie aż tak przyjemnie (bo bez zwiedzania, i dowiadywania się w trakcie, że zamek to castle, a piekarna - bakery), ale za to o wiele szybciej.

Można wyjechać też z zamiarem nauki. Podejrzewam, że przy żadnej albo słabej znajomości języka nie zyskamy wiele więcej na pobycie zagranicznym niż gdybyśmy zyskali, uczęszczając w tym czasie w kraju na jakiś intensywny kurs tudzież urządzając sobie taki kurs samodzielnie.

Co innego, kiedy znamy język już dość dobrze. Wtedy za granicą zauważamy różnicę pomiędzy tym, czego nauczyły nas ćwiczenia gramatyczne, a tym, co i jak mówią autochtoni. Często nagle się okazuje, że to, co nam wtłaczano w szkole, jest niekoniecznie prawdziwe (ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Irlandii, gdzie kilka razy sobie przypominałam, jak na testach z angielskiego obcinano mi kiedyś punkty za złe użycie przyimków - złe! szkoda, że Irlandczycy o tym nie wiedzieli!), a wszelkie bardziej skomplikowane konstrukcje wchodzą nam o wiele łatwiej do głowy. Podobnie zresztą byłoby, gdybyśmy słuchali obcojęzycznego radia, oglądali takowe seriale i czytali takową literaturę, rozmawiali przez skype'a z obcokrajowcami, czy słuchali muzyki. Bo i tak można!

Nie chciałabym zostać jednak źle zrozumiana - nie neguję wartości wyjazdów zagranicznych - ba, jestem żywym dowodem, że warto! Że każdy powinien! Że trzeba, dla nauki języków, dla poznania świata, dla poznania ludzi, dla osobistego rozwoju, dla siebie! Chciałabym jednak powiedzieć, że nie jest to konieczne. Że nikt nie powinien dać sobie wmówić, że to jedyny skuteczny sposób nauki. Bo to nieprawda. Jest to sposób bardzo przydatny, ale niejedyny. Wy, wszyscy językowcy, o tym wiecie (a może się nie zgadzacie?), ale ostatnio zagląda tu coraz więcej osób prosto z google'a, i to dla nich o tym piszę. By wiedzieli, że można. Bo można.